Spokojniej w Hongkongu. Demonstranci wracają do domów

Spokojniej w Hongkongu. Demonstranci wracają do domów
EPA/ALEX HOFFORD

Około 3 tysięcy urzędników mogło wreszcie wejść do siedziby hongkońskiej administracji, której okolice wcześniej były zajmowane przez setki uczestników prodemokratycznych protestów.

Otwarto także szkoły średnie w centrum miasta, w których w ostatnich dniach odwoływano lekcje z powodu demonstracji. Pracę wznowiły też niektóre banki, które w ubiegłym tygodniu zamykały swe oddziały w miejscach objętych protestami.

W pobliżu siedziby lokalnej administracji w poniedziałek protest siedzący kontynuowało tylko ok. 30 protestujących, którzy oczekują na rozpoczęcie przez władze i organizacje studenckie rozmów o reformach politycznych. W niedzielę protestujący zgodzili się usunąć bariery blokujące drogi, gdy władze oświadczyły, że zrobią wszystko co możliwe, by umożliwić 3 tys. urzędnikom powrót do pracy w poniedziałek.

W dzielnicy Admiralty, która była centrum protestów, jest najspokojniej od kiedy rozpoczęło się okupowanie ulic - pisze agencja EFE. W obozowisku przebywa ok. stu osób.

Podobna liczba protestujących nadal znajduje się w gęsto zaludnionym obszarze Mong Kok, gdzie ostatnio dochodziło do starć między zwolennikami i przeciwnikami protestów.

Demonstranci zajęli też niektóre ulice w handlowej dzielnicy Causeway Bay. Nie wywołuje to jednak znaczących zakłóceń.

Tymczasem organizacje studenckie, które odgrywały kluczową rolę w protestach, poinformowały, że podjęły działania mające na celu rozpoczęcie rozmów z rządem na temat reform politycznych. Jednak negocjacje jeszcze się nie rozpoczęły i między demonstrantami a lokalnymi władzami jest wiele rozbieżności - pisze agencja AP.

Niektórzy działacze sprzeciwiają się częściowemu wycofaniu się z siedziby władz i twierdzą, że będą kontynuować protesty do wypracowania szczegółów rozmów. Mówią, że zerwą negocjacje, jeśli policja użyje siły przeciwko demonstrantom.

Lidera studentów Aleksa Chowa nie martwi mniejsza liczba protestujących na ulicach. "Ludzie potrzebują odpoczynku. Oni jeszcze tu wrócą. Nie oznacza to, że nasz ruch słabnie. Wiele osób nadal go popiera" - zapewniał.

Jednak Louis Chan, który zamierza zostać pod siedzibą władz "tak długo jak będzie to możliwe", nie wierzy już w osiągnięcie głównego celu, jakim był powszechne wybory. "Myślałem, że będzie to możliwe, ale teraz zmieniłem zdanie, bo władze Hongkongu nie dają żadnych odpowiedzi, a Chiny bardzo się temu sprzeciwiają" - powiedział.

Prodemokratyczne demonstracje, najpoważniejsze od kiedy Pekin przejął kontrolę nad byłą brytyjską kolonią w 1997 roku, rozpoczęły się w Hongkongu pod koniec września. Protestujący domagają się nie tylko odwołania szefa lokalnej administracji, ale także zmian w prawie wyborczym.

Hongkońscy zwolennicy demokracji ostrzegają, że Pekin stara się stopniowo zacieśniać kontrolę polityczną nad regionem. Jednym z tego przejawów ma być - ich zdaniem - sposób wybierania szefa lokalnej administracji w 2017 roku. Po raz pierwszy w historii mieszkańcy Hongkongu będą mogli wyłonić szefa administracji w wyborach powszechnych. Wybór ma być jednak zawężony do dwóch-trzech kandydatów zatwierdzonych uprzednio przez lojalny wobec władz w Pekinie komitet nominacyjny.

Od początku protestów policja zatrzymała 30 osób.

(PAP)