Ratownicy nadal nie mogą dotrzeć do górnika

Ratownicy nadal nie mogą dotrzeć do górnika
PAP/Marek Zimny

08.10. - Jak poinformował PAP w środę rano szef sztabu akcji ratowniczej i główny inżynier energomechaniczny kopalni Grzegorz Standziak, w nocy ponownie nastąpił wzrost stężeń gazów wybuchowych w rejonie ściany na poziomie 560, gdzie ratownicy spodziewają się znaleźć zaginionego.

"Około północy udało nam się osiągnąć spadek tych stężeń poniżej granicy wybuchowości, niestety dalej nie możemy wpuścić tam zastępów, ponieważ poziom bezpieczeństwa jest zbyt niski" - powiedział szef sztabu akcji.

Jak relacjonował, jeszcze we wtorek ok. 18. ratownicy byli pełni optymizmu, bo wszystkie wskaźniki stopniowo spadały. "W nocy wszystko to z powrotem podniosło się. To niestety jest natura, nie jesteśmy w stanie nad nią zapanować, jakbyśmy chcieli" - podkreślił Standziak. Oszacował, że ponowne podjęcie prób dotarcia do ratownika nie będzie możliwe wcześniej niż za kilka godzin.

W środę rano ratownicy zastępy ratowników pracowały w pobliżu wlotu do zagrożonego miejsca - czyszcząc to miejsce i transportując materiały do zabudowania tam. Będzie trzeba to zrobić, gdy uda się odnaleźć i wydobyć poszukiwanego górnika.

Ratownicy z grubsza wiedzą, gdzie powinien znajdować się zaginiony. Będą mieli do pokonania ok. 700 metrów w bardzo ciężkich warunkach - w zadymieniu i w otoczeniu prawdopodobnie zniszczonym przez pożar. Drużyny nie mogą tam stosować sprzętu mechanicznego - muszą pracować ręcznie.

Jak informowali we wtorek przedstawiciele Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach, atmosfera w rejonie poniedziałkowej katastrofy była wybuchowa i niezdatna do oddychania. Poszukiwany górnik mógł schować się w lutniociągu, czyli doprowadzającym świeże powietrze przewodzie.

Według pełniącego obowiązki prezesa KHW Zygmunta Łukaszczyka w kopalni "mogło dojść do zapłonu metanu". Za najbardziej prawdopodobną przyczynę Łukaszczyk uznał wypływ metanu z pustek po wcześniejszej eksploatacji tzw. zrobów.

Łukaszczyk odnosił się też we wtorek do pogłosek o zwiększonym na dzień przed wypadkiem zagrożeniu metanowym. Mówił, że kopalnia Mysłowice-Wesoła to kopalnia wysokometanowa, gdzie stopień zabezpieczenia i monitoringu "jest bezwzględny i praktycznie posunięty do maksimum ostrożności". Potem zaznaczył, że nie jest sobie w stanie wyobrazić, by w takiej kopalni mogło dochodzić do łamania zasad bezpieczeństwa. Dodał, że w tej sytuacji wyciągnie konsekwencje wobec osób, które mogłyby się przyczynić do katastrofy - o ile będą na to dowody.

We wtorek z poszkodowanymi górnikami i ich rodzinami spotkała się w szpitalach w Siemianowicach Śląskich i Sosnowcu premier Ewa Kopacz. Potem w Mysłowicach-Wesołek rozmawiała też z biorącymi udział w akcji ratownikami, a także ze specjalistami i przedstawicielami branży górniczej. Zapewniła m.in., że poleci wicepremierowi Januszowi Piechocińskiemu położenie nacisku na standardy bezpieczeństwa w kopalniach.

Śledztwo ws. zdarzenia wszczęli prokuratorzy Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Przyczyny i okoliczności bada Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach pod nadzorem Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach. We wtorek premier zaznaczyła, że od komisji WUG będzie oczekiwała "obiektywnej, ale szybkiej i sprawnej odpowiedzi", kto zawinił lub czytelnego sygnału, jeżeli zawiniła natura.

Związany najprawdopodobniej z zapaleniem metanu wypadek w kopalni Mysłowice-Wesoła miał miejsce w poniedziałek ok. godz. 20.55 na głębokości 665 m. W rejonie zagrożenia znajdowało się 37 górników. Część z nich wyjechała na powierzchnię samodzielnie, kolejni z pomocą ratowników. Do godz. 1.30 odnaleziono i wydobyto 36 pracowników.

31 z nich trafiło do szpitali w Sosnowcu, Katowicach i Siemianowicach Śląskich. Do Centrum Leczenia Oparzeń w tym ostatnim mieście przewieziono 18 górników w stanie zagrażającym życiu. 7 z nich, nieprzytomnych, umieszczono na oddziale intensywnej terapii.

(PAP)