Akcja w kopalni: ratownicy zaczęli likwidować przeszkodę wodną

Akcja w kopalni: ratownicy zaczęli likwidować przeszkodę wodną
PAP/Andrzej Grygiel

Ratownicy spodziewają się, że pompowanie może zająć do 10 godzin. Potem do zaginionego górnika powinno im zostać niespełna 200 metrów - w trudnych warunkach.

"Przetransportowaliśmy część sprzętu w rejon rozlewiska i lada chwila powinniśmy zacząć pompowanie. W tym czasie będziemy transportować pozostałe pompy, bo chcemy tam uruchomić maksymalnie, ile można - cztery sztuki - aby jak najszybciej przedrzeć się przez wodę" - powiedział podczas popołudniowego briefingu kierownik działu energomechanicznego w kopalni Grzegorz Standziak.

Jak wyjaśnił, przygotowania do usuwania przeszkody musiały potrwać - ratownicy na plecach, w trudnych warunkach, w aparatach oddechowych, przenosili cały potrzebny sprzęt na odległość ok. 1,5 km. To m.in. lekkie, zbudowane głównie z tworzyw sztucznych pompy napędzane sprężonym powietrzem, dzięki czemu mogą pracować w atmosferze wybuchowej. Mają zostać podłączone do istniejących w wyrobisku rurociągów - jednym doprowadzone zostanie sprężone powietrze, innym odprowadzana będzie woda.

Rozlewisko najprawdopodobniej powstało wskutek naturalnego dopływu z górotworu i zrobów, czyli miejsc po eksploatacji węgla. Część wody może też pochodzić z rozerwanego rurociągu przeciwpożarowego, który odcięto zaraz na początku akcji.

Według Standziaka pompowanie może zająć do 10 godzin. Być może wody w wyrobisku jest nieco mniej, niż oszacowano na podstawie powierzchni lustra. Wówczas ratownicy szybciej pokonaliby przeszkodę. Wcześniej podawali, że aby było to możliwe, z szacowanej na ok. 1,7 m głębokości rozlewiska trzeba odpompować metr.

Potem ratownicy postarają się poruszać z podobną prędkością jak wcześniej. Nie wiedzą jednak, czego spodziewać się na ostatnim odcinku drogi. Zabudowana była tam tzw. strefa zabezpieczająca ścianę ze względu na zagrożenie tąpaniowe. "Tam może być różnych konstrukcji troszeczkę więcej" - zasygnalizował Standziak.

Ratownicy pod ziemią cały czas pracują w aparatach tlenowych. Choć atmosfera nie nadaje się do oddychania, nie zbliża się ona już, jak zdarzało się to w poprzednich dniach, do wartości oznaczających zagrożenie wybuchem. Posuwając się dotąd w chodniku ratownicy budowali mogący dostarczać świeże powietrze lutniociąg, a także linię chromatograficzną, za pomocą której cały czas badają skład atmosfery kopalnianej.

Sytuacja dotycząca atmosfery w podziemnych wyrobiskach ostatnio poprawiała się, ponieważ w sobotę po południu zamknięto tamę przeciwwybuchową. Odcięto w ten sposób dopływ powietrza do ściany oraz rozpoczęto podawanie tam azotu. Równocześnie tłoczone jest powietrze do lutni, w której może znajdować się zaginiony pracownik.

Temperatura w rejonie działań ratowników dochodzi do ok. 30 stopni. W ostatnim czasie obniżyła się - wcześniej sięgała 39 st.- dzięki zastosowaniu górniczych klimatyzatorów, a także wskutek odcięcia powietrza i zatłaczaniu gazów obojętnych. Te dwa ostatnie działania spowodowały najpewniej wygaszanie zarzewi pożaru. W miarę zbliżania się ratowników do zaginionego temperatura może rosnąć.

W poniedziałek wieczorem minie tydzień od katastrofy w mysłowickiej kopalni. Na poziomie 665 m doszło prawdopodobnie do zapalenia bądź wybuchu metanu. W strefie zagrożenia znajdowało się wówczas 37 górników. 36 wyjechało na powierzchnię, 31 trafiło do szpitali. Jednego z górników, 42-letniego kombajnisty, dotąd nie odnaleziono.

Najciężej poszkodowani górnicy są leczeni w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. W placówce przebywa ich obecnie 23. W poniedziałek zmarł jeden z przebywających tam poszkodowanych. Stan pozostałych chorych od niedzieli znacząco się nie zmienił. Na oddziale intensywnej terapii było w poniedziałek po południu sześciu górników; dwóch z nich - w stanie krytycznym, niestabilnym. Czterech innych pacjentów nadal było w stanie "bardzo ciężkim, z niewielką tendencją do stabilizacji". Stan pozostałych 17 górników leczonych w oddziałach chirurgii CLO był stabilny, a ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Wojciech Jaros, rzecznik Katowickiego Holdingu Węglowego, do którego należy kopalnia Mysłowice-Wesoła zapewnił, że zakład pozostaje w stałym kontakcie z rodziną zmarłego 26-letniego pracownika. W poniedziałek natychmiast skontaktowali się z jej członkami psycholog i koordynator z kopalni. Jak wyjaśnił po południu Jaros, taki wyznaczony specjalnie do poszkodowanej rodziny koordynator zajmuje się nią długo po wypadku.

"On ma w kontaktach z członkami rodziny wiedzieć wszystko, co będą mu chcieli przekazać, m.in. jakie są ich potrzeby. Ma to też sam ocenić i - w uzgodnieniu z kopalnią - sprawdzać, na ile jesteśmy w stanie to dopilnować, aby tym kopalnia się zajęła" - powiedział rzecznik KHW.

Jak zaznaczył, w podobny sposób organizowana była pomoc m.in. po katastrofie w ruchu Śląsk kopalni Wujek we wrześniu 2009 r., w której następstwie zmarło 20 górników. "Z tego co wiem, po katastrofie, która była na ruchu Śląsk już kilka lat temu, ten kontakt był utrzymywany bardzo długo, przez lata. Gdy w tamtych rodzinach pojawiają się jakieś problemy, zdarza się, że jeszcze teraz przez tych koordynatorów kontaktują się z kopalnią" - dodał przedstawiciel holdingu.

(PAP)