Sudan wybiera przywódcę

Sudan wybiera przywódcę
PAP/EPA

Jego zwycięstwo jest pewne. Choć do walki z nim stanął w poniedziałek tuzin rywali, o większości z nich 40 mln Sudańczyków nigdy wcześniej nie słyszało. Do wygranej już w pierwszej rundzie wystarczy ponad połowa głosów, a pięć lat temu 71-letni Baszir zdobył ich ponad dwie trzecie. Równie łatwa wygrana przypadnie także jego Narodowej Partii Kongresowej, która jest tak pewna zwycięstwa, że nie wystawiła kandydatów w jednej trzeciej okręgów, by do 450-osobowego parlamentu weszli także przedstawiciele innych partii.

Władze z Chartumu nazywają je opozycją, ale stare opozycyjne partie twierdzą, że poza Demokratyczną Partią Unionistów, wszystkie biorące udział w wyborach 44 partie są marionetkami Baszira, służącymi mu za atrapy wielopartyjności. Stare partie postanowiły zbojkotować wybory uznając, że pod rządami Baszira nie mają szans na uczciwą rywalizację. W ten sposób jedyną niewiadomą w sudańskich wyborach stała się frekwencja. Niska będzie oznaczać, że odmawiając udziału w wyborach, Sudańczycy wyrazili wotum nieufności wobec prezydenta. Jeśli jednak okaże się wysoka, Baszir będzie mógł twierdzić, że jego rodacy postawili obiecywaną przez niego stabilizację ponad niepewną demokrację. Wysoka frekwencja posłuży mu też do uprawomocnienia panowania, gdy zabiegać będzie o poprawę stosunków z nieprzyjaznym Zachodem.

Sudański przywódca od lat ma w stolicach Zachodu opinię równie fatalną jak irańscy ajatollahowie, a niegdyś Saddam Husajn i Muammar Kadafi. Powodem wrogości był sojusz, jaki gen. Baszir zawarł z muzułmańskimi fanatykami, by umocnić się u władzy, zdobytej w wyniku zamachu stanu w 1989 r. Dzięki przymierzu z dżihadystami Baszir stał się samowładcą, ale rządzony przez niego Sudan przekształcił się w latach 90. w pierwszą kwaterę główną Al-Kaidy. W Chartumie znalazł pierwsze schronienie na obczyźnie wygnany z Arabii Saudyjskiej Osama bin Laden, a w 1998 r. Amerykanie zbombardowali Sudan w odwecie za zamachy terrorystyczne Al-Kaidy na ambasady USA w Kenii i Tanzanii. Opinię mecenasa światowego terroryzmu oraz nienawistnego wroga chrześcijan wyrabiali Baszirowi na Zachodzie przede wszystkim konserwatywni politycy amerykańscy wspierający sudańskich chrześcijan z południa kraju toczących wojnę przeciwko prześladowaniu ich przez rządzących w Chartumie muzułmanów.

Umocniwszy się u władzy Baszir zerwał sojusz z dżihadystami, powtrącał ich przywódców do więzień, a cudzoziemskich mudżahedinów wyprosił z kraju. Na początku XXI w. zakończył też wojnę z chrześcijańskim Południem, a nawet pozwolił mu się oderwać i w 2011 r. ogłosić niepodległość jako Południowy Sudan. Na Zachodzie, od którego pomocy zależna jest kulejąca sudańska gospodarka, Baszir nadal uchodził jednak za tyrana, z którym nie utrzymuje się żadnych stosunków.

Bilans rządów Baszira jest fatalny. Pod jego panowaniem na Sudan spadły ostracyzm i sankcje. Przegrał wojnę z chrześcijanami z Południa i pozwolił na rozpad kraju, niegdyś największego w Afryce. Wraz z Południem, Chartum stracił tamtejsze pola naftowe, zapewniające trzy czwarte dochodów państwa. Ledwie skończyła się jedna wojna domowa, a zaraz wybuchły kolejne - w Darfurze na zachodzie kraju, a także w Kordofanie i nad Błękitnym Nilem na południu. Okrucieństwa, jakich dopuściło się rządowe wojsko w Darfurze sprawiły, że Baszir stał się pierwszym w historii urzędującym prezydentem, ściganym za wojenne zbrodnie.

Sudańczyk okazał się jednak mistrzem w sztuce przetrwania. Przeżył demokrację, narzucaną Afryce przez Zachód pod koniec XX wieku, zachodnie bombardowania, ostracyzm, sankcje, listy gończe, światową wojnę z terroryzmem, wojny domowe, rozpad państwa, gospodarczy kryzys, rozruchy głodowe (ponad 200 zabitych w 2013 r.) i Arabską Wiosnę Ludów. Gdy wybuchła w 2011 r., wielu na Zachodzie liczyło, że z Tunisu i Kairu dotrze też do Chartumu i obali Baszira, jak obaliła Hosniego Mubaraka w sąsiednim Egipcie. Arabska Wiosna nie tylko jednak nie odebrała mu władzy, ale uczyniła mocniejszym niż kiedykolwiek. Wierne Baszirowi służby bezpieczeństwa szybko spędziły z ulic Chartumu demonstrantów, a widząc czym demokratyczny chaos zakończył się w Libii, Syrii czy Jemenie, Sudańczycy narzekający na brak obywatelskich swobód, zaczęli doceniać policyjne porządki Baszira, który dawno zrzucił generalski mundur i wciela w rolę patriarchy i raisa.

Sprzyja mu międzynarodowa koniunktura. Udane żniwa i spadek cen ropy na światowych rynkach przyniosły ulgę gospodarce, a z powodu braku dowodów i niemożności prowadzenia śledztwa Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze zawiesił wytoczony przeciwko Baszirowi proces o wojenne zbrodnie. Wojna domowa w Jemenie dała zaś mu okazję, by stanąć po stronie Saudyjczyków i mieć nadzieję, że za wierność nie poskąpią mu petrodolarów, które ożywią sudańską gospodarkę i pomogą jej przetrwać aż Zachód zniesie w końcu sankcje i przestanie się na boczyć na sudańskiego raisa.

Sudańskie wybory, pierwsze od rozpadu kraju na Północ i Południe i zaledwie drugie odkąd Baszir objął rządy w Chartumie, potrwają trzy dni, a ich wyniki zostaną ogłoszone pod koniec kwietnia. W niepodległym od czterech lat Południowym Sudanie wybory miały się odbyć w czerwcu. Odwołano je jednak z powodu wojny domowej, jaka wybuchła zaraz po ogłoszeniu niepodległości tego najmłodszego państwa, które w czwartym roku istnienia uchodzi za niechlubny przykład kraju upadłego. Uznając, że w takich warunkach wyborów nie da się przeprowadzić, pod koniec marca posłowie w Dżubie przedłużyli swoje kadencje oraz kadencję prezydenta o trzy lata.

(PAP)