Clinton kusi obietnicą powrotu do złotych lat prezydentury jej męża

Clinton kusi obietnicą powrotu do złotych lat prezydentury jej męża
EPA/ANDREW GOMBERT

Po oficjalnym ogłoszeniu w niedzielę startu w wyborach prezydenckich, była amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton rozpoczyna we wtorek spotkania w wyborcami w stanie Iowa, gdzie odbędą się w styczniu 2016 roku pierwsze prawybory Partii Demokratycznej. Osiem lat temu Clinton poniosła w tym stanie sromotną porażkę z ówczesnym senatorem Barackiem Obamą. Tym razem - jak widać już po samym starcie - Clinton chce prowadzić zupełnie inną kampanię: bliżej ludzi.

"Chce naprawić błędy z 2008 roku, gdy wydawała się zbyt zdystansowana, nieprzystępna, skoncentrowana na sobie. Była krytykowana, że jest zbyt oderwana od problemów zwykłych ludzi. Teraz próbuje pokazać się z innej, bardziej ludzkiej strony" - powiedział PAP prof. Allan Lichtman, politolog z American University.

Do Iowa Clinton udała się nie samolotem czy - jak zdarzało jej się osiem lat temu - wyczarterowanym helikopterem (co do dziś się jej wypomina), ale minibusem, pokonując z rodzinnego domu w Chappaqua w Stanie Nowy Jork ponad 1,5 tys. km i zatrzymując się po drodze na rozmowy z "everyday Americans" (zwykłymi Amerykanami). Takiego właśnie określenia Clinton użyła, ogłaszając start w wyborach: "Udało się nam pokonać ciężkie czasy, ale karty są wciąż ułożone na korzyść tych na szczycie. Zwykli Amerykanie potrzebują obrońcy i ja chcę nim być".

Pierwsza deklaracja Clinton jako kandydatki silnie nawiązywała do tego, co była sekretarz stanu mówiła i pisała w ciągu ostatnich miesięcy, żaląc się na nierówności społeczne, stagnację pensji większości Amerykanów czy koncentrację bogactwa w rękach nielicznych.

"Nie powinieneś być wnuczką prezydenta czy sekretarz stanu, by mieć dostęp do doskonałej służby zdrowia, edukacji i innego wsparcia, które zapewni ci pewnego dnia dobrą pracę i szczęśliwe życie - napisała Clinton w nowym epilogu do swej ostatniej książki "Hard Choices", nawiązując do swej własnej wnuczki Charlotte. - Chcę tego dla wszystkich dzieci. To nie jest tylko idealizm. To recepta na wspólny dobrobyt i zdrową demokrację".

Amerykanie po raz ostatni doświadczyli prawdziwego boomu gospodarczego, który przełożył się na wzrost zatrudnienia i wysokości pensji w latach 90. XX wieku, na które przypadają dwie kadencje prezydentury męża byłej szefowej dyplomacji - Billa Clintona (1993-2001). Komentatorzy nie mają wątpliwości, że podczas obecnej kampanii prezydenckiej byłej Pierwszej Damy należy spodziewać się wielu aluzji do tych tzw. złotych lat. "Czy Hillary Clinton ubiega się o +trzecią kadencję Billa+?" - zapytał przewrotnie komentator portalu "Politico" Zachary Karabell.

Choć w Polsce prezydentura Clintona kojarzy się często ze skandalem z udziałem Moniki Lewinsky, w Stanach Zjednoczonych jest przede wszystkim symbolem dobrobytu, bogactwa, rozwoju klasy średniej. Poza tym USA nie były zaangażowanie w żaden konflikt wojskowy porównywalny do tych z ostatnich 15 lat.

"Ludzie z wielką nostalgią patrzą na lata 90., a Bill Clinton - przy wszystkich swoich wadach - jest wciąż bardzo popularny, a jego prezydentura niezwykłe wysoko oceniana" - powiedział PAP Lichtman, który podziela przekonanie, że będzie to wykorzystywane w obecnej kampanii. Jak wskazują wszystkie sondaże, dla amerykańskich wyborców nic bowiem nie liczy się tak bardzo, jak gospodarka. A choć recesję z 2008 r. USA mają już za sobą, a gospodarka rośnie, to poprawę odczuwają tylko najbogatsi; pensje większości obywateli nie rosną.

Przy różnych okazjach w ub. r. Hillary Clinton otwarcie chwaliła politykę gospodarczą za rządów swego męża. "Jeśli chcecie lepszej przyszłości, co wymaga inteligentnych decyzji gospodarczych, porównujcie osiem lat (prezydentury) mojego męża z ośmioma latami Ronalda Reagana (podawanego za wzór przez Republikanów - PAP). Powstało 23 mln więcej nowych miejsc pracy i 7 mln więcej ludzi wyszło z ubóstwa" - mówiła w wywiadzie dla PBS. Innym razem krytykowała prezydenta George'a W. Busha, że złą polityką roztrwonił nadwyżkę budżetową, jaką udało się osiągnąć za czasów jej męża i doprowadził do deficytu. "Tak dzieje się, jeśli jedyną receptą są cięcia podatków dla najbogatszych" - powiedziała.

Zdaniem politologa z Uniwersytetu Wirginii Kyle'a Kondika aluzji do lat 90. i prezydentury Billa Clintona należy spodziewać się zwłaszcza, jeśli rywalem byłej Pierwszej Damy będzie z ramienia Partii Republikańskiej były gubernator Florydy Jeb Bush - syn i brat byłych prezydentów USA. Wówczas porównania prezydentury Clintona i Bushów będą nieuniknione.

"Dla Demokratów takie porównania będą bardzo wygodne, bo ludzie lepiej wspominają prezydenturę Clintona; żyło im się lepiej" - powiedział PAP Kondik. Dodał, że generalnie w amerykańskim społeczeństwie nastąpiło "zmęczenie" obydwiema dynastiami - zarówno Bushów jak i Clintonów, "ale na pewno większe zmęczenie jest Bushami po stronie Republikanów, niż Clintonów po stronie Demokratów".

Niewykluczone więc, że większe szanse od Busha w ostatecznej rywalizacji z Clinton miałby jakiś "świeży" kandydat, jak np. 43-letni republikański senator Marco Rubio, który w poniedziałek formalnie ogłosił start w wyborach. Na razie w sondażach zwolenników Partii Republikańskiej jest znacznie słabiej notowany. Z uwagi na mnogość republikańskich kandydatów trudno obecnie przewidywać, z kim przyjdzie się zmierzyć Demokratom.

O ile nominację Partii Demokratycznej Clinton ma niemal w kieszeni, bo nie pojawił się póki co żaden poważny rywal, to eksperci ostrzegają, że wygrana w ogólnych wyborach nie jest jeszcze przesądzona, zwłaszcza, że do elekcji pozostało 18 miesięcy.

"Największą słabością Clinton są skandale, jak ten z e-mailami (wyszło na jaw, że jako sekretarz stanu używała prywatnego konta e-mailowego zamiast posługiwać się adresem rządowym - PAP). To chmury nad kampanią Clinton - powiedział Lichtman. - Ale najwięcej będzie zależało od tego, co dzieję się w gospodarce, bo każde wybory prezydenckie są referendum w sprawie partii, która aktualnie trzyma klucze do Białego Domu. Więc nie tylko liczyć się będzie to, co Clinton mówi o gospodarce, ale czy przez najbliższe półtora roku gospodarka poprawi się wystarczająco, by Amerykanie powierzyli Demokratom jeszcze cztery lata" rządów - powiedział.

(PAP)