Szajka kościelnych rabusiów złapana na gorącym uczynku

Schemat działania był zwykle ten sam. Złodzieje pojawiali się w parafii kilka dni przed skokiem. Prowadzili obserwację i czekali na dogodny moment. Gdy decydowali się uderzyć zawsze mieli wytłumaczenie dla swojej obecności na terenie plebanii. Zawsze skutkowało. Nikt nie podejrzewał, że mogą mieć złe zamiary.

Przestępcy wpadli po swoim ostatnim skoku. Policjanci od kilku tygodni polowali na konkretny samochód, którym mieli się poruszać. Jeden z patroli zauważył podejrzanych na trasie w okolicach Siedlec. W samochodzie policjanci znaleźli łup z ostatniego skoku. 

Gdy informacja o zatrzymaniu dotarła do posterunków policji w całym kraju, w komendzie policji w  Radomiu rozdzwoniły się telefony. Okazało się, że podobnych włamań na terenie Polski było co najmniej czterdzieści. Szajka działała w kilku województwach. Zawsze w ten sam sposób.