Burundi: fiasko puczu, groźba wojny i ludobójczych pogromów

Burundi: fiasko puczu, groźba wojny i ludobójczych pogromów
EPA/AJAX NZEYIMANA

Wojska wierne prezydentowi stłumiły rokosz, jaki przeciwko niemu wznieśli jego niedawni partyjni koledzy i towarzysze broni. Ale walka o władzę w Burundi, która dotąd miała wyłącznie charakter politycznej rywalizacji grozi, że przerodzi się w etniczny konflikt między ludami Hutu i Tusti, który trwa przez niemal całą historię tego państwa i podobnie jak w sąsiedniej Rwandzie spowodował śmierć setek tysięcy ludzi.

 

Burundi i Rwanda są jak bliźniacze rodzeństwo. W obu krajach, liczących po ok. 10 mln ludności i skolonializowanych przez Niemcy, a potem Belgię, trzy czwarte obywateli stanowią Hutu, ale rządzili nimi będący w mniejszości Tutsi. W Rwandzie, przed ogłoszeniem jej niepodległości w 1962 r. wybuchło chłopskie powstanie Hutu, w wyniku którego obalony został król, wywodzący się z ludu Tutsich i doszło do pierwszego pogromu jego rodaków. W Burundi Hutu też spróbowali zbrojnego buntu wkrótce po niepodległości, ale miejscowi Tutsi, pomni losu swoich rodaków z Rwandy, krwawo stłumili rebelię, a zdominowana przez Tutsich armia od 1966 r. sama obaliła własnego króla i wprowadziła w kraju dyktatorskie rządy. Przez następnych trzydzieści lat w obu krajach wybuchały kolejne zbrojne powstania - w Rwandzie Tutsich przeciwko rządzącym Hutu, w Burundi – Hutu przeciwko rządzącym Tutsim. W Rwandzie zakończyło się to ludobójczymi pogromami Tutsich w 1994 r., śmiercią blisko miliona ludzi i przejęciem władzy przez partyzantkę Tutsich.

 

W Burundi wojna domowa, która pochłonęła blisko pół miliona ofiar, toczyła się do 2000 r. i przerwał ją dopiero wynegocjowany przez byłych prezydentów RPA Nelsona Mandelę i Tanzanii Juliusa Nyerere rozejm z Aruszy (rokowaniom patronował też b. prezydent USA Bill Clinton, by zmyć poczucie winy za bierność USA wobec ludobójczych rzezi w Rwandzie w 1994 r., gdy na polecenie prezydenta ambasador USA w ONZ Madeleine Albright utrącała wszelkie rezolucje, w których znajdowało się słowo "ludobójstwo"). Układ z Aruszy przewidywał, że Tutsi i Hutu podzielą się w Burundi władzą (60 proc. stanowisk dla Hutu, 40 proc. dla Tutsich), a w wojsku połowę żołnierzy stanowić będą Tutsi, a drugą Hutu. W wyniku wolnych wyborów w 2005 r. nowym prezydentem kraju został 51-letni dziś urzędujący szef państwa Pierre Nkurunziza, przywódca jednego z ugrupowań partyzanckich Hutu. Układ z Aruszy wymusił też, by w nowej konstytucji Burundi kadencję prezydenta ograniczono do dwóch pięcioletnich kadencji.

 

Druga i ostatnia kadencja Nkurunzizy właśnie się kończy, ale prezydent nie zamierza składać urzędu i twierdzi, że jego rządy liczą się dopiero od roku 2010. W 2005 r. wybrał go bowiem parlament, a wedle konstytucji prezydent wybierany jest w wyborach powszechnych. Taką elekcję w 2010 roku, zbojkotowaną przez opozycję, Nkurunziza wygrał tylko raz.

 

Przeciwnicy polityczni Nkurunzizy, zarówno Tutsi, jak i Hutu, zarzucają mu dyktatorskie skłonności i podejrzewają, że aby zachować władzę, gotów jest unieważnić nie tylko postanowienia układu z Aruszy, ograniczające liczbę prezydenckich kadencji, ale wszystkie porozumienia, włącznie z podziałem władzy między Hutu i Tutsich.

 

Dotąd wojna o władzę w Bużumburze miała wyłącznie charakter politycznej rywalizacji. Nieudany pucz i determinacja Nkurunzizy, by zachować władzę grożą jednak, że konflikt w Burundi przybierze stary, etniczny charakter, grożący nowymi ludobójczymi pogromami. Pucz ujawnił bowiem głębokie podziały w armii, będącej dotąd symbolem narodowej zgody i pojednania. Przywódca zamachowców, gen. Godefroid Niyombare wywodzi się co prawda z ludu Hutu i przez lata był najbliższym towarzyszem broni Nkurunzizy; tak zaufanym, że prezydent mianował go pierwszym dowódcą nowego rządowego wojska, wywodzącym się z ludu Hutu. Swoim profesjonalizmem i bezstronnością Niyombare zaskarbił sobie szacunek i poparcie oficerów Tutsich, nieufnych i wrogich wobec partyzanckich komendantów Hutu. Dodatkową sympatię zyskał sobie, gdy w lutym wystąpił publicznie przeciwko Nkurunzizie i jego zamiarowi ubiegania się o kolejną kadencję. Poparł go m.in. minister obrony Pontien Gaciyubwenge, Tutsi, który potępił wszelkie próby łamania postanowień układu z Aruszy.

 

Zamierzając ubiegać się w czerwonych wyborach o trzecią kadencję, już pod koniec ub. roku Nkurunziza głosił, że jego polityczni przeciwnicy są w istocie zwolennikami przywrócenia do władzy Tutsich. ONZ alarmowała pod koniec 2014 r., że partia Nkurunzizy tworzy, szkoli i zbroi młodzieżowe bojówki Imbonerakure ("ci, co wszystko widzą"), które terroryzują przeciwników prezydenta i przypominają do złudzenia ludobójcze bojówki Interahamwe ("ci, co walczą ramię w ramię") rwandyjskich Hutu, odpowiedzialne za ludobójstwo Tutsich w 1994 r.

 

Także dziennikarze z radia Rema, na wzór rwandyjski, podburzają burundyjskich Hutu, przekonując ich, że przeciwnicy prezydenta chcą w istocie przywrócenia władzy Tutsich. Argumenty te trafiają do słuchaczy, zwłaszcza w regionach wiejskich, będących polityczną twierdzą Nkurunzizy.

 

Przeciwnicy Nkurunzizy obawiają się, że stłumiwszy pucz, pragnąc odwetu i ubiegając się o władzę w czerwcowych wyborach nasili ataki przeciwko Tutsim, oskarżając ich o bunt. W obawie, że rywalizacja o władzę w Bużumburze zakończy się etnicznymi pogromami, prawie 100 tys. burundyjskich Tutsich uciekło już z kraju do sąsiednich Rwandy, Tanzanii i Konga.

 

Przepoczwarzenie się politycznego konfliktu o władzę w Burundi grozi nową regionalną wojną. Rządzona przez Tutsich Rwanda już kilkakrotnie dokonywała zbrojnych inwazji na Kongo, żeby rozgromić ukrywających się tam rwandyjskich partyzantów Hutu. Jeśli podburzani przez Nkurunzizę nacjonaliści Hutu zagroziliby burundyjskim Tutsim, prezydent Rwandy Paul Kagame pośle swoje wojska także do Burundi i wystąpi przeciwko Nkurunzizie, chociaż za dwa lata sam także zapewne będzie ubiegał się, niezgodnie z konstytucją, o trzecią kadencję.

 

(PAP)