Nepal: Po trzęsieniu ziemi mieszkańcy wioski biorą los we własne ręce

Nepal: Po trzęsieniu ziemi mieszkańcy wioski biorą los we własne ręce
fot. PAP/EPA

- A dlaczego na kogoś mielibyśmy czekać? Zresztą kto by tutaj dotarł? - Kush Phuyal jest mocno zdziwiony pytaniem o pomoc rządu. Wioska Prapcia w dystrykcie Okhaldhunga we wschodnim Nepalu leży daleko w górze rzeki Molung. W okolicy nie ma praktycznie płaskiego terenu, dlatego domostwa oblepiają strome zbocza doliny. - Tutaj zostawiliśmy nasz sprzęt, gdy sprzątaliśmy szkołę po trzęsieniu ziemi - Kush wskazuje na żółte budowlane kaski leżące na stole w pokoju dla nauczycieli w szkole podstawowej w Prapci.

Ściana nośna między pokojem nauczycielskim i szkolną salą ledwo się trzyma. Po drugiej stronie pokoju pęknięcia biegną od podłogi aż po sufit. „Drugi wstrząs z 12 maja tylko powiększył pęknięcia i z tego budynku już nic nie będzie” - martwi się Kush.

Szybko dodaje, że drugi, parterowy budynek ma inną konstrukcję. Blaszany dach trzyma się na metalowych podporach. - Ściany były popękane i je wyburzyliśmy, nie było sensu czekać, aż na kogoś spadną. Teraz planujemy wyłożyć to miejsce blachami lub matami bambusowymi. Dzieciaki będą mogły się tu bezpiecznie uczyć - podkreśla. 

Kush jest liderem Klubu Młodych Kreatywnych w wiosce Prapcia. Od razu po trzęsieniu ziemi z 25 kwietnia zebrał okoliczną młodzież, by odbudować szkołę i pomóc ludziom przy tymczasowych schronieniach przed deszczem. W wiosce niemal wszystkie 273 domy są popękane i nie nadają się do zamieszkania. Co gorsza, na wiele domostw obsuwa się ziemia i schodzą lawiny. - Trzeba było coś szybko zrobić. Początkowo rodzice krzywo patrzyli na naszą inicjatywę, ale zmienili zdanie - opowiada Ashok Phuyal, drugi z liderów. - Pracujemy od rana do wieczora, bo po prostu trzeba sobie pomagać w takich czasach - mówi dwudziestoletni Manan, który studiuje w stolicy Katmandu, ale po trzęsieniu ziemi natychmiast wrócił do swojej wioski. 

Mimo że do przyjścia monsunu w momencie trzęsienia ziemi pozostawał ponad miesiąc, we wschodnim Nepalu już mocno padało. Ludzie bali się wrócić do popękanych domów i pierwsze dni spędzili moknąc pod gołym niebem. Młodzieżowej organizacji udało się załatwić trochę brezentowych płacht, ale nie dla wszystkich. - Mieliśmy tylko pięćdziesiąt i musieliśmy je jakoś rozdzielić. W pierwszej kolejności poszły do ludzi najbardziej poszkodowanych i do najliczniejszych rodzin. Nie była to łatwa decyzja - tłumaczy Kush. 

Kilkanaście dni później, 12 maja, przyszedł drugi wielki wstrząs i jeszcze więcej osób straciło dach nad głową. - Teraz już nikt nie mieszka w domach - mówi Ashok. - Zaczęliśmy eksperymentować z konstrukcjami z bambusa, bo jest tani i łatwo tutaj dostępny - dodaje. Tłumaczy jednak, że budowa schronienia z bambusa wymaga pewnej wprawy i trochę czasu. A przedwczesne deszcze monsunowe nie odpuszczają. 

W tym czasie z Katmandu przyjechał Devi Prasad Dahal, który pracuje w firmie informatycznej Subisu. W wiosce Prapcia stracił nowy dom, który budował przez lata z oszczędności. - Politycy i urzędnicy nagle zniknęli z naszej wioski. Nikt się nami nie interesuje i trzeba sobie radzić samemu - powtarza Devi. - Opowiedziałem moim szefom i kolegom z pracy, jaka jest tutaj sytuacja. Zaczęliśmy myśleć, jak zorganizować pomoc - tłumaczy. Koledzy Deviego znaleźli sponsorów na Zachodzie. Grupa osób z USA i Finlandii, które mieszkały wcześniej w Nepalu, zbierała pieniądze przez stronę internetową WeHelpNepal.org.  

Ich głównym założeniem było jak najszybciej dotrzeć do wiosek dotkniętych katastrofą, unikając biurokratycznej machiny tego kraju. - Pieniądze mają iść na dobre, wolne od korupcji projekty - tłumaczy Anttu Rantala. Warunkiem zaakceptowania projektu był też bezpośredni kontakt z lokalnymi liderami z wioski, z kimś takim jak DeviKush i Ashok z Prapci. 

Za około 6 tys. USD wolontariusze w Nepalu bezpośrednio u hurtownika kupili pięćset brezentowych plandek dla dwóch skupisk wiosek w dystrykcie Okhaldhunga. Dla Prapci przewidziano 192 wodoodporne płachty, do Hartapur i Serny trafiła reszta. 

Jedyną płaską przestrzeń w Prapci zajmuje lecznica i bambusowy budynek, pod którym Klub Kreatywnych ustawił sprzęt nagłaśniający. Kush przez mikrofon wyczytuje nazwiska rodzin, do których trafią brezentowe płachty. Wokół biega roześmiana dzieciarnia. Ashok i Kush opowiadają zgromadzonym ludziom, czym chcą się teraz zająć. Pytają o sugestie. Młodzież sprawnie wydaje plandeki i cała operacja zajmuje mniej niż godzinę. - Wszyscy w wiosce otrzymali pomoc - cieszy się Devi. - Jesteśmy wdzięczni. Teraz możemy skupić się na szkole, to najpilniejsza sprawa. Jeśli ktoś nam pomoże, chętnie skorzystamy. Ale nie będziemy bezczynnie czekać na pomoc. Trzeba los wziąć we własne ręce - podkreśla Kush. 

(PAP)