Wybory w Turcji. Czy Erdogan umocni władzę?

Wybory w Turcji. Czy Erdogan umocni władzę?
EPA/SEDAT SUNA

W związku z ambicjami prezydenta, każdy wynik wyborów – jak się obawiają eksperci – grozi destabilizacją kraju, m.in. zaostrzeniem konfliktu rządu z Kurdami, co może stworzyć problemy dla NATO, którego Turcja jest ważnym członkiem. Mimo popularności Erdogana w społeczeństwie, zdecydowana większość Turków nie chce ustroju prezydenckiego, który zamierza on wprowadzić – zauważa specjalista ds. problemów bałkańskich ze Studium Europy Wschodniej UW, Adam Balcer.

 

"Nie chce tego nawet część wyborców rządzącej partii AKP (Partii Sprawiedliwości i Rozwoju). Społeczeństwo, choć wciąż konserwatywne, mimo presji władz staje się coraz mniej religijne i coraz bardziej liberalne. Tymczasem Erdogan, otoczony miernotami, które mu potakują, jest coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. Ma poczucie, że jest drugim Ataturkiem, ale forsując swój program może pociągnąć kraj nawet w kierunku wojny domowej" - powiedział PAP Balcer.

 

Rządząca w Turcji od ponad 12 lat i kierowana przez Erdogana umiarkowanie islamistyczna AKP wygrywała przez ten czas wszystkie wybory, zbierając owoce dynamicznego wzrostu ekonomicznego kraju. Gospodarka Turcji przez te lata rosła w tempie średnio 5 procent rocznie, co w połączeniu z prosocjalną polityką rządu znacznie poprawiło standard życia społeczeństwa. Dochód na głowę wzrósł od 2002 r. niemal trzykrotnie.

AKP zyskała poparcie jako partia odwołująca się do konserwatywnych muzułmańskich mas, przeciwstawianych przez Erdogana liberalnym elitom, stanowiącym bazę świeckiego systemu stworzonego prawie 100 lat temu na gruzach imperium osmańskiego przez Ataturka. Turcy cenili też jednopartyjne rządy, czyli stabilizację po dziesięcioleciach wstrząsów, kruchych rządów koalicyjnych w latach 90., a przedtem dyktatur i puczów wojskowych.

 

Jednak coraz bardziej autokratyczne metody Erdogana, tłumienie opozycji, zwłaszcza niezależnych mediów, doprowadziło do konfliktów z bogacącym się i modernizującym społeczeństwem, szczególnie liberalnymi mieszkańcami miast. Apogeum tych napięć były burzliwe demonstracje antyrządowe w Stambule w 2013 roku.

 

Erdogan był przez kilka kadencji premierem, a w ub. roku w wyborach powszechnych został wybrany na prezydenta. Swoim następcą na czele rządu wyznaczył Ahmeta Davutoglu. Według konstytucji prezydent Turcji jest głową państwa, ale nie sprawuje władzy wykonawczej. Erdogan chce to zmienić, aby jako prezydent legalnie rządzić w sposób dyktatorski.

 

Zmiana konstytucji wymaga większości co najmniej dwóch trzecich głosów - 367 - w parlamencie. AKP ma ich tam na razie 312. Sondaże wskazują, że w wyborach raczej nie uda jej się zdobyć pożądanego minimum. Jeżeli jednak zdobędzie trzy piąte miejsc – 330, to większość ta pozwoli na ogłoszenie referendum w kwestii zmiany konstytucji.

 

Nawet jednak zdobycie 330 mandatów przez AKP nie jest pewne, ponieważ partia traci poparcie, m.in. wskutek pogorszenia sytuacji gospodarczej. Wzrost PKB spadł do 2,5-3 procent, a bezrobocie przekroczyło 11 procent i jest dziś najwyższe od pięciu lat. Od początku 2014 r. akcje tureckich firm tracą wartość, słabnie turecka waluta (lira). Jej wyprzedaż doprowadziła do wzrostu inflacji do 7,9 procent w kwietniu br.

Zdaniem komentatorów odpływ kapitałów z Turcji może wynikać z obaw o niestabilność polityczną w związku z konfrontacyjną polityką Erdogana.

 

Największym opozycyjnym stronnictwem w Turcji jest CHP, czyli istniejąca od 1919 r. Partia Ludowo-Republikańska, zrzeszająca świeckich wyborców o przekonaniach socjaldemokratycznych. Od dawna brak jej jednak wyrazistych liderów i programów alternatywnych dla AKP, co przyczyniło się do serii porażek wyborczych.

 

Na nową siłę wyrasta HDP (Ludowa Partia Demokratyczna), powstała jako polityczna reprezentacja Kurdów, którzy poprzednio startowali w wyborach jako niezależni. Ostatnio jednak przyłącza się do niej coraz więcej nie-Kurdów, gdyż upatrują w HDP stronnictwo bardziej dynamiczne niż CHP, posiadające w dodatku charyzmatycznego przywódcę, 43-letniego Selahattina Demirtasa, który postawił na obronę praw kobiet i innych grup dyskryminowanych.

"Ku HDP ciąży część Turków świeckich, a szczególnie alewitów, członków mniejszości wyznaniowej, bo uważają, że Demirtas, mówiąc kolokwialnie, ma jaja, i jest adwokatem wszystkich wykluczonych. Jego atutem jest młodość i charyzma" - mówi Balcer.

 

Ekspert z UW zwraca też uwagę, że ponieważ Kurdowie w Syrii i Iraku z powodzeniem walczą z Państwem Islamskim, Kurdowie tureccy "mogą niejako straszyć AKP: jeśli chcecie z nami konfliktu, będziecie mieć wojnę ze wszystkimi Kurdami". HDP ma powiązania z PKK (Partią Pracujących Kurdystanu), czyli organizacją niepodległościową uznaną za terrorystyczną, która w 2013 r. wycofała się do Kurdystanu irackiego na mocy porozumienia z Ankarą.

 

Kurdowie w Turcji są jednak podzieleni: co najmniej połowa - zwykle ci prawicowi i zasymilowani - popiera w wyborach AKP.

 

HDP może się stać w wyborach języczkiem uwagi. Jeżeli partia przekroczy wymagany próg 10 procent głosów, wejdzie do parlamentu, prawdopodobnie uszczuplając zdobycze AKP do tego stopnia, że rządzące stronnictwo nie zdoła uzyskać większości pozwalającej na zmianę konstytucji. Plany Erdogana zostaną tym samym pokrzyżowane.

 

Balcer uważa, że prawdopodobne jest zwycięstwo AKP, ale z minimalną przewagą, a należy się nawet liczyć ze sfałszowaniem przez nią wyników.

 

"Działacze tej partii są tak przyspawani do stołków, że może ona ukraść dosłownie pół procent głosów, żeby HDP nie weszła do parlamentu. Ale wtedy HDP ogłosi autonomię w Kurdystanie, wywoła masowe demonstracje, zaś kurdyjscy partyzanci powrócą na wojenną ścieżkę. Nie można też wykluczyć pyrrusowego zwycięstwa AKP, która utraci większość, ale nie pogodzi się z tym, naginając prawo i blokując przejęcie władzy przez opozycję" - powiedział ekspert UW.

 

"Generalnie, po wyborach, bez względu na wynik, sytuacja będzie niestabilna, gdyż kraj będzie coraz bardziej skonfliktowany. W efekcie Turcja stanie się coraz większym problemem dla Europy i USA, a nie ich głównym sojusznikiem" - dodał Balcer.

 

Podobną diagnozę stawiają Marc Pierini i Sinan Ulgen z fundacji Carnegie Europe. "Zniknięcie kurdyjskiej reprezentacji z parlamentu wywoła niepokoje na południowym wschodzie Turcji, gdzie znajduje się największe skupisko Kurdów. Mogą oni wtedy jednostronnie ogłosić tam autonomię, co prawdopodobnie doprowadzi do konfrontacji z rządem" - piszą eksperci na portalu internetowym brukselskiego think-tanku.

 

Jeszcze groźniejszy scenariusz przewiduje w "Foreign Policy" Henri J. Barkey na wypadek, gdyby HDP pokrzyżowała autorytarne zamiary prezydenta. "Niewykluczone, że Erdogan ma jakiś +plan B+.(...) Gwałtowny kryzys mógłby dać mu okazję do użycia swych prerogatyw jako dowódcy sił zbrojnych. Taka sytuacja sprzyjałaby powtórzeniu wyborów. Niezależnie więc od wyników głosowania 7 czerwca, ciężkie czasy oczekują Turcję" - podsumowuje Barkey.

 

(PAP)