Ruszył proces liderów Ruchu Narodowego. Oskarżeni o znieważanie policjantów

Ruszył proces liderów Ruchu Narodowego. Oskarżeni o znieważanie policjantów
PAP/Rafał Guz

Oskarżeni - oprócz Zawiszy i Winnickiego jest wśród nich czterech demonstrantów: studenci i b. oficer Straży Granicznej - zaprzeczają, by ich protest, który odbył się 15 czerwca zeszłego roku, gdy manifestanci przeszli spod kancelarii premiera do Sejmu, miał agresywny charakter.

 

Proces dotyczy demonstracji Ruchu Narodowego, w której udział wzięło około 300 osób. Wzywano w niej do dymisji rządu Donalda Tuska, w związku z upublicznieniem rozmów polityków, nagranych przez kelnerów jednej ze stołecznych restauracji. "Dziś chcemy powiedzieć bardzo jasno jako patrioci, jako Ruch Narodowy: precz z tym rządem, precz z tą władzą, precz z tym demoliberalnym systemem" - mówił wtedy Winnicki.

 

W oparciu o filmy z manifestacji demonstrantów oskarżono o to, że przeszli bezpośrednio na teren Sejmu (już za szlabanami dla samochodów), gdzie "działając wspólnie i w porozumieniu stosowali przemoc wobec funkcjonariuszy, w celu zaniechania przez nich czynności służbowych". Zawisza w tym samym miejscu i czasie miał znieważyć policjanta, nazywając go wielokrotnie "bandytą", a Winnickiego oskarżono o podżeganie do stosowania przemocy wobec funkcjonariuszy, gdy przez głośnik wzywał, by ruszyć na kordon policji i napierać nań siłą - co zmusiło policjantów do stosowania środków przymusu bezpośredniego - w tym gazu.

 

W środę sąd rozpoczął ten proces, przesłuchując trzech pierwszych z sześciu oskarżonych: 27-letniego Piotra G., 26-letniego Jakuba S. i 44-letniego Waldemara S. Nie przyznali się do zarzuconej im przemocy wobec policji. Winnicki, Zawisza i ostatni z podsądnych, Mateusz K., zostaną przesłuchani na kolejnej rozprawie w sierpniu.

"Protest miał charakter pokojowy. Nie czuło się żadnej agresji czy napięcia. Pod Sejmem przestało być spokojnie. Nasz marsz został zablokowany przez policyjny kordon" - oświadczył Piotr G. Zauważył, że prowadzący dochodzenie chcieli zarzucić mu zakłócanie porządku publicznego, ale zarzut umorzono. "Jeśli była jakaś moja wyciągnięta ręka, to dlatego, że chciałem odizolować się od kordonu policji, a funkcjonariusz, który stał przede mną, kopał po łydkach. Gdy tłum na mnie napierał, nie miałem żadnej możliwości wycofania się. Nie było atmosfery awantury czy bójki. Nie słyszałem, by Winnicki nakłaniał do stosowania przemocy wobec funkcjonariuszy. Ze strony organizatorów padały informacje, by zachować spokój" - zapewniał oskarżony.

Jak mówił, policja informowała, że ich zgromadzenie jest nielegalne i nie mają prawa być pod Sejmem. "Ale to nieprawda, bo było legalne. Zresztą policja szła obok nas na całej trasie z KPRM pod Sejm. Teren wokół Sejmu nie był ogrodzony barierkami" - mówił Piotr G.

 

Podobne wyjaśnienia składał 26-letni Jakub S., który zapewnił, że w czasie tych zajść "nie miał żadnej styczności cielesnej z żadnym policjantem". "Nie wiem nic, by jakikolwiek policjant został poszkodowany w zajściach. Nasza demonstracja miała pokojowy charakter" - dodał.

44-letni Waldemar S., oficer Straży Granicznej w stanie spoczynku, również nie przyznał się do zarzuconego mu udziału w stosowaniu przemocy wobec policjantów. "Nie było oznak agresji ani ze strony policji, ani ze strony manifestujących" - powiedział sądowi. Według niego, gdy demonstranci przeszli z ul. Wiejskiej na teren Sejmu, za szlabany obsługiwane przez Straż Marszałkowską, wśród policji ochraniającej dotąd ich przemarsz zapanował chaos - aż do czasu, gdy nadciągnęły policyjne posiłki i dowódcy.

 

"Widać było zdenerwowanie funkcjonariuszy oraz demonstrantów. Nie widziałem, by ktokolwiek z naszej manifestacji stosował przemoc wobec policjantów" - dodał podkreślając, że gdy policjanci użyli gazu wobec kobiety z demonstracji, to nikt z funkcjonariuszy nie udzielił jej potem pomocy. "My to robiliśmy" - podkreślił. (PAP)