Drużyna Beaty Szydło. Bez nazwisk i bardzo zachowawczo

Z dużej chmury - mały deszcz. Finał trzydniowego kongresu Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach nie przyniósł odpowiedzi na pytanie, kto zagra pierwsze skrzypce w przyszłym rządzie Beaty Szydło. Zapowiadanymi z taką pompą przez kandydatkę na premiera "ekspertami" okazali się... wszyscy, czyli nikt. - Czekam na was! W mojej drużynie jest miejsce dla każdego, kto chce dobrej zmiany! - mówiła Beata Szydło.
 
Tutaj każdy tego chciał. To byłby największy i zarazem najbardziej bezosobowy gabinet rządzący. - Chcemy Polski, w której władza nie obiecuje bez pokrycia i mówi uczciwie, nawet jeśli to sa rzeczy nie do końca oczekiwane - mówiła Ewa Kopacz.
 
Oponenci PiS mówią wprost: Beata Szydło celowo trzyma swoją przyszłą drużynę w ukryciu - na polecenie swego politycznego mentora. - Przyszły rząd PiS i tak będzie miał oczy Macierewicza, Jarosław Kaczyński nie zrezygnuje z tego, żeby zainstalować w gabinecie Szydło właśnie takie postaci - mówił Krzysztof Gawkowski z SLD.  - Końcówki władzy będą w rękach Kaczyńskiego, wszelkie decyzje personalne to też będzie jego rozstrzygnięcie - powiedział Tomasz Nałęcz.
 
Być może jednak powód nieujawnienia składu przyszłego rządu był znacznie prostszy. - Oni chyba nie potrzebują takiego dużego konkretu po tym, co Szydło już zrobiła - przedstawiła, naobiecywała tyle rzeczy, że mam wrażenie, że tego było za dużo - powiedziała publicystka Wprost Joanna Miziołek.
 
PO i PSL już twierdzą, że PiS dzieli skórę na niedźwiedziu. - Problem jest w tym, że najpierw trzeba wygrać wybory, dopiero potem ustalać, kto za co będzie odpowiedzialny - chłodził nastroje Stanisław Żelichowski z SLD. - To ich przekonanie o wygranej może być przedwczesne - powiedziała rzeczniczka sztabu PO Joanna Mucha.
 
Jakby na pocieszenie wyborców PiS, podróżująca po kraju premier Kopacz w tych dniach też niczym Polaków nie zaskoczyła.