Bangkok: policja znalazła kolejna bombę

Bangkok: policja znalazła kolejna bombę
PAP/EPA

Przedstawicieli policji Kamthorn Aucharoen powiedział agencji Reutera, że bomba znajdowała się na ulicy odchodzącej od jednej z głównych stołecznych arterii.

 

Policja nie była w stanie potwierdzić, czy ładunek ma związek z ubiegłotygodniowym zamachem lub drugą niegroźną eksplozją na nabrzeżu w stolicy.

 

17 sierpnia doszło do najkrwawszego zamachu w Tajlandii w ostatnich latach. 20 osób, w tym 14 obcokrajowców, zginęło przed hinduistyczną świątynią Erawan w centrum Bangkoku. Jak dotąd żadna organizacja nie przyznała się do zamachu.

 

Policja ujawniła, że nie jest pewna, czy główny podejrzany wciąż przebywa w kraju. Chodzi o mężczyznę, który na nagraniu z monitoringu wchodzi do świątyni z plecakiem i wychodzi już bez niego, 15 minut przed wybuchem.

 

Młodego mężczyznę w żółtej koszulce z bujnymi, czarnymi włosami widać też było na nagraniu z kamer, gdy odjeżdżał z miejsca zamachu motocyklową taksówką. Jednak większość kamer znajdujących się na drodze podejrzanego była popsuta. Dlatego policja nie dysponuje wieloma kolejnymi nagraniami.

 

"Niektóre kamery monitoringu nie nagrywają odpowiednio obrazów. Niektóre były uszkodzone. Oznacza to, że traciliśmy czas, próbując ustalić, dokąd udał się podejrzany" - powiedział w poniedziałek komendant policji Somyot Poompanmuang.

 

Po ataku rzecznicy różnych służb przekazywali sprzeczne niekiedy informacje na temat wyglądu podejrzanego, liczby jego domniemanych wspólników i prawdopodobieństwa zaangażowania cudzoziemców. "Chcecie znać prawdę? Nie wiemy, czy podejrzany wciąż przebywa w Tajlandii, ale muszę zakładać, że tak jest, gdyż nie mamy informacji, iż wyjechał" - powiedział Somyot Poompanmuang.

 

Według rządu zamach miał zaszkodzić turystyce, która generuje ok. 10 proc. PKB Tajlandii, i tym samym wpłynąć na pogorszenie się sytuacji gospodarczej kraju. Wojskowym władzom zależy na wzroście gospodarczym, w czasie gdy prowadzą kraj do wyborów w przyszłym roku.

 

Nie ma jednak większych oznak, że zamach zniechęcił chińskich turystów do odwiedzania Tajlandii - poinformowało Tajlandzko-Chińskie Stowarzyszenie Turystyczne, które nadzoruje ponad 200 firm ściągających chińskich turystów do Tajlandii. Chińczycy stanowią największą grupę zagranicznych turystów w Tajlandii. Siedmiu z 14 zabitych w ataku cudzoziemców pochodziło z Chin kontynentalnych lub Hongkongu.

 

Jak poinformowała w poniedziałek tajlandzka junta, z przeprowadzonego na jej zlecenie badania wynika, iż "turyści niezbyt przejmują się atakiem". (PAP)