Warszawa sparaliżowana. Protestowali taksówkarze

Protest zakończył się wczesnym popołudniem, nie ma już większych utrudnień w ruchu. Policjanci nałożyli 12 mandatów karnych i osiem wniosków o ukaranie - poinformowała w czwartek PAP Komenda Stołeczna Policji.

 

Największe utrudnienia w ruchu występowały przed południem w centrum miasta m.in. w okolicach pl. Konstytucji, Al. Jerozolimskich, al. Jana Pawła II i ronda Dmowskiego. Kierowcy taksówek zjeżdżali się do centrum miasta z pięciu miejsc.

 

Taksówkarze, jak podała policja, jeździli zgodnie z prawem, a mandaty zostały nałożone na tych, którzy uporczywie tamowali ruch i łamali przepisy ruchu drogowego.

 

Grupa protestujących zebrała się także pod Sejmem.

 

Taksówkarze protestowali - jak podkreślali - przeciw nieuczciwej konkurencji. "Powstało sporo aplikacji pozwalających wykonywać pseudotaksówkarską robotę, chodzi nie tylko o Ubera, ale i o aplikacje polskich firm" - powiedział PAP dyrektor korporacji Glob Taxi Leszek Pajka. Dodał, że kierowcy umawiający się na kursy przez te aplikacje nie mają licencji, badań lekarskich potwierdzających zdolność do wykonywania zawodu kierowcy, nie muszą mieć kasy fiskalnej. "Nie wiadomo, czy płacą podatki, a jeśli Uber płaci, to na pewno nie w Polsce" - powiedział Pajka.

 

Zapewnił, że w akcji chodziło także o bezpieczeństwo pasażerów. W tym kontekście tak ocenił nielicencjonowane przewozy: "Nie wiadomo, kto przyjmuje zlecenie, skąd zabiera pasażera i dokąd go wiezie; tylko pasażer ma kontakt z kierowcą".

 

Akcję zorganizowały duże korporacje taksówkarskie, zrzeszające po 700-800 kierowców. Do protestu przyłączyli się także inni przewoźnicy, jednak nie wszyscy. Zdystansował się od niej m.in. związek zawodowy Warszawski Taksówkarz. Na stronie internetowej związek zaznaczył, że choć zgadza się z celem akcji, nie został zaproszony do rozmów o jej przygotowaniu. "Nie mogliśmy poprzeć tego protestu, bo w niektórych z organizujących go korporacji jeżdżą kierowcy bez uprawnień" - powiedział w czwartek PAP przewodniczący związku Jarosław Iglikowski.

 

(PAP)