Ukraina: Polacy z Mariupola: nie chcemy jałmużny, lecz życia w pokoju

Ukraina: Polacy z Mariupola: nie chcemy jałmużny, lecz życia w pokoju
fot. PAP/EPA
O wyjazd z zagrożonego rosyjskimi atakami Mariupola ubiega się około 80 osób. Społeczność polska w tym mieście liczy około 200 osób.
 
Mimo że są obywatelami ukraińskimi, mają polskie korzenie, posiadają Karty Polaka i działają w lokalnym Polsko-Ukraińskim Stowarzyszeniu Kulturalnym. „Mamy dość ciągłego napięcia i strachu przed bombardowaniami” – wyznają w rozmowie z PAP.
 
Mariupol nad Morzem Azowskim położony jest kilkanaście kilometrów na zachód od linii frontu w trwających od ponad roku walkach z prorosyjskimi separatystami, wspieranymi przez regularną armię rosyjską. Od blisko miesiąca nie słychać tu strzałów; na linii podziału terytoriów panuje zawieszenie broni, jednak spokój w mieście jest pozorny.
 
Po ulicach jeżdżą pomalowane w maskujące kolory terenówki z uzbrojonymi żołnierzami ukraińskich formacji wojskowych i opancerzone wozy OBWE. Budynki administracyjne pilnowane są przez milicjantów z karabinami. Na ścianach domów widać wymalowane czerwoną farbą napisy „Schron” i strzałki wskazujące, gdzie można schować się w razie ataku.
 
Siedziba polskiej organizacji znajduje się w centrum miasta. Dwa niewielkie pokoje, na ścianach mapa Polski, flaga i orzeł w koronie, portret papieża Jana Pawła II. Polacy spotykają się tu i organizują lekcje języka ojczystego.
 
Drzwi otwiera wiceprezes Aleksander Tichoński. Szef stowarzyszenia Andrzej Iwaszko pojechał na kilka dni do Polski. Jego syn dostał się tam na studia. Tichoński przedstawia członków organizacji, którzy przyszli na spotkanie.
 
Włodzimierz Andrusewicz pochodzi z Doniecka. Uciekł stamtąd do Mariupola jeszcze przed styczniową ewakuacją Polaków z Donbasu, która objęła 178 osób polskiego pochodzenia. „Żebym mógł pojechać wówczas do Polski, musiałbym wrócić do Doniecka. Nie mogłem podjąć takiego ryzyka, wiedząc, że separatyści uważają mnie za wroga” – mówi.
 
W Doniecku kierował własną firmą, więc sądzi, że i w Polsce znajdzie sobie zajęcie. „My wiele nie chcemy. Przydałaby się jakaś pomoc na sam początek, jakieś tanie mieszkanie, praca. Jak już się urządzimy, zadbamy o siebie sami. Nie będziemy na utrzymaniu państwa” – przekonuje.
 
Tichoński również nie może narzekać na swe życie w Mariupolu. Jest szefem miejscowej organizacji pracodawców i deputowanym rady miejskiej. Mimo to gotów jest spakować walizki i wyjechać do Polski choćby dziś.
 
„Nie mamy pewności, co będzie tu jutro. Kto wie, jak zachowa się (prezydent Rosji Władimir) Putin, jeśli coś mu się nie spodoba podczas Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w przyszłym tygodniu. Kto wie, czy nie wyśle tu czołgów, albo ponownie nie każe strzelać do nas z Gradów?” – pyta.
 
Polacy jak i inni mieszkańcy Mariupola doskonale pamiętają okres od kwietnia do czerwca ubiegłego roku, gdy miasto opanowane było przez separatystów. Ślady walk, które prowadziły z nimi ukraińskie bataliony ochotnicze, widoczne są do dziś. Spalona siedziba rady miasta i ostrzelana komenda milicji nie pozwalają zapomnieć o tym dramacie.
 
Ostatni duży atak na Mariupol separatyści przypuścili w styczniu. Jego wschodnia część została ostrzelana z wyrzutni rakietowych Grad. Zginęło wówczas 30 osób, a około stu zostało rannych. „W tym ataku ucierpiała także jedna polska rodzina” – relacjonują rozmówcy PAP.
 
Tichoński przypomina, że przez Mariupol prowadzi jedyna droga lądowa między Rosją, a okupowanym przez nią Krymem. „Teraz przejścia graniczne na Krym zablokowane są przez Tatarów. Nie dociera tam żywność. Obawiam się, że Rosjanie mogą chcieć przebić sobie szlak na półwysep i nie wiem, co wtedy z nami będzie” – załamuje ręce.
 
W trakcie rozmowy odzywa się telefon Tichońskiego. To Skype, przez który łączy się z nim, goszczący w Polsce, prezes Iwaszko. Dwoi się tam i troi, by wywieźć swoich rodaków z zagrożonych terytoriów. Na razie nie może pochwalić się sukcesem.
 
„Nikt nas nie słyszy, choć od dłuższego czasu żyjemy w nieustającym napięciu, w oczekiwaniu na wybuch. Dziś miasto nie jest ostrzeliwane, ale nikt nie da gwarancji, że ostrzałów nie będzie jutro. Doskonale rozumiemy, że w razie ataku ewakuacja będzie już niewykonalna. Pomóżcie nam, w naszych żyłach płynie polska krew!” – nawołuje.
 
Iwaszko zapewnia, że kilkudziesięciu Polaków z Mariupola nie będzie dla Polski obciążeniem. „W porównaniu z siedmioma tysiącami uchodźców z Syrii nasza grupka to kropla w morzu” – twierdzi.
(PAP)