Prezydent Zimbabwe niedługo skończy 100 lat i... powalczy o kolejną kadencję

Mugabe jest najstarszym przywódcą w całej Afryce i jedynym, jakiego Zimbabwe zna od pierwszego dnia ogłoszonej w 1980 r. niepodległości (wcześniej kraj ten był brytyjską kolonią i nazywał się Rodezja). Jako przywódca ruchu wyzwoleńczego i partyzantki z lat 70. przejął rządy w Zimbabwe najpierw jako premier, a od 1987 r. – jako prezydent.
 
W ciągu 35 lat panowania wygrał wszystkie elekcje, zarówno te, w których nie miał rywali, jak i te, w których o wygraną musiał walczyć. A w walce o władzę nigdy nie przebierał w środkach. W latach 80., kiedy stery państwa próbował mu wydrzeć współtowarzysz z partyzantki Joshua Nkomo, Mugabe wywołał wojnę domową i krwawo (prawie 20 tys. zabitych) spacyfikował ziemie ludów Ndelebe, z których wywodził się Nkomo (sam Mugabe pochodzi z ludu Szona, stanowiącego większość ludności Zimbabwe). Nie miał litości także dla związkowego przywódcy Morgana Tsvangiraia, który w 2000 r. przy zachęcie Zachodu i białych obywateli Zimbabwe rzucił Mugabemu rękawicę.
 
Stary przywódca sięgał po przemoc, dopóki nie zdusił buntu. Wierne prezydentowi bojówki najeżdżały białe farmy, a Mugabe znacjonalizował posiadłości białych, żeby ukarać ich za nielojalność (po ogłoszeniu niepodległości nie tknął ich własności pod warunkiem, że nie będą się mieszać do polityki). Przy okazji zrujnował opartą na rolnictwie gospodarkę Zimbabwe. Jeszcze pod koniec lat 90. Zimbabwe uchodziło za afrykański spichlerz, jeden z najbogatszych i najlepiej zorganizowanych krajów w Afryce. Dziś jest biedakiem, co roku przymiera głodem, a miliony Zimbabweńczyków uciekają za chlebem.
 
Bojówki Mugabego terroryzowały też zwolenników związkowca Tsvangiraia, okrzykniętego na Zachodzie „zimbabweńskim Wałęsą”, i rozbijały opozycyjne wiece. A kiedy to nie pomogło, wierni prezydentowi urzędnicy fałszowali wyniki wyborów. Przemoc, oszustwa, a także solidarność innych afrykańskich przywódców, widzących w Mugabem bohatera walki o wolność, sprawiły, że wyszedł on zwycięsko nawet z przegranych wyborów w 2008 r. Pierwszą rundę przegrał z Tsvangiraiem, ale przed dogrywką bojówki prezydenta zabiły dwie setki opozycyjnych działaczy, a przestraszony nie na żarty „zimbabweński Wałęsa” wycofał się z walki i oddał prezydenturę walkowerem. Pod naciskiem sąsiadów Mugabe zgodził się podzielić z nim władzą i powierzył stanowisko premiera.
 
Pokojowe współistnienie trwało pięć lat, podczas których, żyrując politykę Mugabego, Tsvangirai tracił zwolenników i wiarygodność. W wyborach w 2013 r. przegrał z kretesem, a potężny niedawno Ruch na Rzecz Demokratycznej Zmiany rozpadł się na pięć frakcji i nie liczy się już w walce o władzę z rządzącą partią ZANU-PF. I to ona jest dziś jedynym zagrożeniem dla swojego dalszego panowania.
 
W połowie grudnia, na konferencji partyjnej w kurorcie Victoria Falls nad Zambezi, ZANU-PF wybrała Mugabego na swojego kandydata w wyborach prezydenckich w 2018 r. Sędziwy prezydent w lutym będzie świętował 92. urodziny i nawet jego partyjni towarzysze nie wierzą, że dożyje kolejnej elekcji. Stan prezydenckiego zdrowia od lat pozostaje państwową tajemnicą, ale w ostatnich miesiącach Mugabe kilkakrotnie dał rodakom powody, by sądzili, że jego panowanie i dni dobiegają końca. Co najmniej dwa razy potknął się i upadł podczas publicznych uroczystości, wielokrotnie podczas nich przysypiał, a we wrześniu odczytał w parlamencie przemówienie, które miesiąc wcześniej wygłosił już w tym samym miejscu.
 
Na partyjnym zjeździe w Victoria Falls też zaczął czytać niewłaściwą przemowę, ale tym razem, po niespełna minucie, jego świta położyła mu na pulpicie nowy referat. Odpierając pogłoski, że jak na prezydenta Mugabe jest już za stary i zbyt schorowany, jego żona, młodsza od niego o połowę Grace, zapowiedziała, że jeśli trzeba, zamówi specjalny wózek inwalidzki dla męża. „Będzie rządził, dopóki będzie mógł mówić” – oświadczyła w telewizji.
 
Grace, dawna sekretarka Mugabego, jest uważana za jedną z pretendentek do sukcesji, a jak najdłuższe panowanie męża ułatwi jej przejęcie władzy. W zeszłym roku została przewodniczącą wpływowej Ligi Kobiet, a w tym roku utworzyła w ZANU-PF własną frakcję G-40, zrzeszającą młode pokolenie działaczy, nie mogące się doczekać, aż przejdą na emeryturę weterani walki wyzwoleńczej, którzy powołując się na dawne zasługi przywłaszczyli sobie państwową władzę.
 
Spośród weteranów wywodzi się główny rywal pani Mugabe, wiceprezydent Emmerson Mnangagwa. Przezywany w Zimbabwe „Krokodylem”, od lat pozostaje szarą eminencją zimbabweńskiej polityki i „człowiekiem od brudnej roboty” Mugabego. To on tłumił powstanie Ndebele i on utopił we krwi uliczną rebelię Tsvangiraia. Zna wszystkie sekrety władzy i Mugabego. Znany z bezwzględności, oportunizmu i skuteczności uważany jest za człowieka, którego Zachód mógłby zaakceptować w roli prezydenta Zimbabwe.
 
Z rywalizacji nie rezygnuje także była wiceprezydent Joyce Mujuru, dawna partyzancka bojowniczka. W zeszłym roku Grace Mugabe oskarżyła ją, że nasyła wiedźmy, żeby odebrały życie prezydentowi. Mujuru straciła posadę wiceprezydenta, ale uniknęła wyrzucenia z ZANU-PF. Oparła się pokusie założenia nowej, własnej partii, co uznano za dowód jej dojrzałości politycznej. Mujuru wie, że walka o tron po Mugabem rozstrzygnie się w ZANU-PF, w której wciąż ma wielu zwolenników. Za życia starego prezydenta nie wróci już do łask. Ale kiedy wybije jego godzina, zaraz włączy się do walki o schedę.
(PAP)