Rajd Dakar - Adam Małysz: Takiego piekła nie życzę nikomu

Rajd Dakar - Adam Małysz: Takiego piekła nie życzę nikomu
Fot. PAP/EPA/FELIPE TRUEBA
Niedziela jest dniem przerwy, a biwak z powodu ulewy jest w "strzępach". Nie dojechały jeszcze wszystkie pojazdy assistance i nie ma ostatecznej decyzji w sprawie polsko-francuskiej załogi (pilotem jest Xavier Panseri). W sobotę Małysz wystartował na trasę o godzinie 10.27 miejscowego czasu, a na metę dotarł dopiero nad ranem. A zaczął świetnie. Na drugim punkcie pomiaru czasu był najszybszym z polskiej ekipy, do lidera tracił mniej niż pięć minut. Niestety, później jego Mini All4 Racing stanęło.
 
"Nie znamy przyczyny awarii. Skrzynia jest cała, biegi wchodzą, ale auto nie jechało. Nie ma sprzęgła, które nie jest spalone, a prawdopodobnie się rozpadło. Nie poddaliśmy się, chociaż mogliśmy rzucić zabawki w cholerę i wrócić do domu. Zobaczymy, jakie dostaniemy kary i czy w ogóle organizatorzy pozwolą nam dalej jechać. Kiedy dotarliśmy na metę, nikogo już na niej nie było. Ale mamy ślad zapisany w GPS-ie, więc będziemy chcieli nadal walczyć" - powiedział Małysz.
 
Jak podkreślił, "to było prawdziwe piekło Dakaru. By dotrzeć na metę, pokonaliśmy prawie 800 kilometrów na holu za ciężarówką serwisową, z przeżyciami, jakich nie życzę nikomu. Zatrzymywaliśmy się co kawałek i reperowaliśmy przód auta, bo urywał się zaczep. W górach dwa razy prawie straciłem przytomność. Uratował mnie tlen z jakiejś zabłąkanej karetki. Odcinek przejechaliśmy po ciemku, w odległości dwóch metrów za ciężarówką, cały czas się pilnując. Mimo że hol był sztywny, to non stop go wyrywało. Może i dobrze, że po tych półkach skalnych jechaliśmy po ciemku, bo gdyby było jasno, to nie wiem, czy bym nie wysiadł ze strachu".
 
Medalista olimpijski i mistrzostw świata w skokach narciarskich przyznał, że jest bardzo zmęczony, rozczarowany i zły.
 
"Nie ukrywam, że jestem mocno zawiedziony tym, iż awarii nie udało się naprawić na miejscu. Byłem przekonany, że jesteśmy z Xavierem w najlepszym zespole na świecie. Kiedy niedawno defekt skrzyni biegów mieli Marek Dąbrowski z Jackiem Czachorem, mechanicy skutecznie pomogli im na trasie. Tymczasem ciężarówka serwisowa X-Raidu nie miała nawet części zapasowych do naszego Mini i musieliśmy zaliczyć te kilkaset kilometrów kaskaderskiej jazdy. Mam nadzieję, że przynajmniej nie na darmo i w poniedziałek znów ruszymy na trasę" - dodał Małysz.
 
Pomocną dłoń do "Orła z Wisły" i jego pilota na polach piasku fesh-fesh wyciągnęła litewsko-polska załoga Benediktas Vanagas i Sebastian Rozwadowski.
 
"W pierwszej części odcinka w Boliwii zobaczyliśmy auto Adama, który wypadł z drogi i ugrzązł w piasku. Sebastian już miał przygotowaną linę i bez wahania zatrzymaliśmy się, żeby kolegom pomóc. Zjechaliśmy z drogi i... sami utknęliśmy w piasku. Zanim się wydostaliśmy, straciliśmy około sześciu minut. Szkoda, że próba była nieskuteczna" – powiedział Vanagas.
 
"Zahamowaliśmy, zjechaliśmy z drogi i ustawiliśmy naszego Black Hawka tak, aby można było Adama wyciągnąć. Niestety, sami się zakopaliśmy. Do tej pory nie wiem, jak wydostał się z tej pułapki" - dodał Rozwadowski.
 
Motocyklista Jakub Piątek nie ukrywa, że po wahaniach pogody i nieoczekiwanej kąpieli w rzece na sobotnim etapie jest solidnie przemarznięty.
 
"Cały dzień spędziłem w deszczu, mrozie, a nawet śniegu. Dlatego w niedzielę grzeję się pod kołdrą i odpoczywam. Regeneruję się przed drugim tygodniem Dakaru. W sobotę, kiedy zaczęło mocniej padać, wszedłem w rzekę z motocyklem, żeby przepchać go na drugą stronę. Woda przewróciła mnie razem z nim i porwała go ze sobą. Motocykl przepłynął jakieś dwadzieścia metrów, zahaczył o coś i zatrzymał się. Nie zdążył spaść do wodospadu, który był kawałek dalej. Miałem szczęście w nieszczęściu. Zawodnik przede mną przejechał bezproblemowo, a ja startowałem dwie minuty po nim i już się nie dało" - wspomniał Piątek.
 
W poniedziałek ósmy etap z Salty do Belen długości 766 km (OS 393 km) będzie dla uczestników rajdu przywitaniem z wydmami.
(PAP)