Migranci o wizycie Franciszka na Lesbos: Budzi mieszane uczucia

Migranci o wizycie Franciszka na Lesbos: Budzi mieszane uczucia
Fot. PAP/EPA/TELENEWS

„Ta wizyta na pewno pomoże naszej wyspie, a my tej pomocy bardzo potrzebujemy, bo przecież w Grecji ciągle panuje kryzys” – mówi PAP 70-letni Yorgos przechadzający się nadmorską promenadą w centrum Mityleny.

 

„Teraz jest tu papież, w Wielkanoc ma nas znowu odwiedzić Angelina Jolie z mężem i dziećmi. Mówi się, że kupią tu dom. Nasza wyspa stanie się sławna” – kontynuuje Yorgos.

 

Syn Yorgosa jest policjantem. Przez wiele lat pracował w Atenach, ale od niedawna znowu mieszka na wyspie. Został tu przeniesiony w marcu, tuż po tym jak Unia Europejska podpisała z Turcją porozumienie mające na celu rozwiązanie problemu migrantów. Zasilił szeregi policji strzegącej głównego obozu migrantów na Lesbos, w miejscowości Moria, który będzie jednym z trzech punktów sobotniej wizyty Franciszka.

 

Emeryt dodaje, że na wizytę papieża na Lesbos przyjechało około 500 policjantów z innych części kraju, dołączając do lokalnych 200.

 

„Wszędzie ich od dwóch dni widać” – mówi Yorgos. „Zaraz zamkną całą tę strefę dla ruchu. Nawet restauracje i kawiarnie mają zamknąć”.

 

Yorgos wskazuje też na cały rząd różnego rodzaju średniej wielkości łodzi zakotwiczonych przy głównej promenadzie, tuż obok portu, w którym papież spotyka się z lokalnymi władzami i przedstawicielami miejscowej ludności katolickiej. Wszystkie te łodzie są puste, a na ich pokładach walają się dziesiątki pomarańczowych kamizelek ratunkowych.

 

„To łodzie przemytników, przechwycone przez grecką straż przybrzeżną” – tłumaczy Yorgos.

 

„Już kilka miesięcy tak stoją czekając na decyzje sądu, co dalej z nimi zrobić” - dodaje.

 

Mimo trwających od kilku dni wysiłków lokalnych władz, aby jak najlepiej przygotować Lesbos na przyjazd Franciszka, wszędzie w Mityleni można się natknąć na podobne ślady „migranckiego tornada”, w którego samym epicentrum od ponad roku znajduje się wyspa.

 

Nieco dalej, za portem, na słupie telegraficznym, wisi kolorowy drogowskaz z napisem „Jedzenie za darmo”. Wskazuje on drogę na pobliską plażę Tsamakia, na której stoją rzędy małych namiotów zamieszkałych przez około 250 Pakistańczyków i Marokańczyków. Nad ich głowami, co chwila przelatuje policyjny helikopter. Według jednego z pracujących tu wolontariuszy Patrika, na Tsamaki znajduje się ostatni „wolny” obóz dla migrantów na wyspie.

 

Patrik jest z Niemiec i przyjechał na Lesbos kilka dni temu. Dołączył do grupy ochotników-anarchistów, prowadzących na tej plaży tzw. „Kuchnię Bez Granic”, która od wielu miesięcy zaopatruje przebywających tu migrantów w żywność, prąd z generatora, dzięki któremu mogą oni doładowywać swoje komórki. Dostarczają także wodę potrzebną do funkcjonowania jedynej na plaży ubikacji i dwóch pryszniców.

 

„Już dawno chciałem przyjechać i pomóc uchodźcom, bo uważam to za swój moralny obowiązek” – mówi PAP Patrick. „Niestety, nie miałem pieniędzy na bilet. Teraz tu jestem i czuję się jak na tonącym okręcie. Sytuacja uchodźców na Lesbos jest podobna do tej na Titanicu. To powoduje, że moja obecność tutaj staje się jeszcze ważniejsza” - ocenił.

 

Patrik nie ma złudzeń, co do wizyty papieża. Uważa ją za czysto symboliczną i nie wierzy, aby komukolwiek cokolwiek pomogła. Tak samo uważają inni woluntariusze na Tsamakia. Kilka dni temu, napisali na Facebooku list do papieża, wzywając go do zmiany oficjalnego programu wizyty i odwiedzenia plaży, jednak nie oczekują, że tak się stanie. Większość z nich nie chce nawet rozmawiać z dziennikarzami. Mieszkańcy plaży są im jednak ogromnie wdzięczni.

 

„Bez tych ludzi, nie dalibyśmy rady przeżyć. Zaopatrują nas we wszystko” – mówi PAP 20-letni Adnan z Lahore, który na Lesbos przedostał się z Izmiru półtora miesiąca temu. Adnan nie za bardzo wie, co z nim dalej będzie. Z jednej strony zdaje sobie sprawę, że znajduje się w trudnej sytuacji, na małej wyspie, ze wszystkich stron otoczonej wodą, z której nie ma szans się wydostać. Z drugiej jednak nie może uwierzyć, że to koniec jego marzeń.

 

„Jadę do Niemiec. Tam mam rodzinę, wiem, że mi pomogą znaleźć pracę, nauczyć się języka” – mówi i patrzy wokół bezradnie na otaczający go tłum podobnie myślących młodych mężczyzn. Zapytany o to, czy pójdzie na spotkanie z papieżem w porcie, który znajduje się nieopodal, kręci przecząco głową.

 

„Bardzo bym chciał tam pójść i z nim porozmawiać i opowiedzieć mu o tym, jak tu jest, co się z nami dzieje, ale boję się, że jak się tam pojawię to mnie zaaresztuje policja. Wczoraj dwóch z nas wyszło na drogę i właśnie tak się stało. Wzięli ich do obozu w Mori, a tam jest strasznie. Dlatego nie, nie pójdę. Nie będę ryzykować” – tłumaczy Adnan.

 

Moria to malownicza mała wioska, położona wśród pagórków, otaczających Mitylenę. Autobus dojeżdża tylko do jej centrum. Stamtąd, do obozu trzeba jeszcze przejść pieszo około półtora kilometra. Obóz w Mori to obóz zamknięty, otoczony kilkoma rzędami bardzo solidnego, metalowego ogrodzenia, zwieńczonego kłębami kolczastego drutu. Jest on strzeżony zarówno przez policję jak i wojsko. Mimo to na prowadzącej do niego drodze można natknąć się na grupy młodych mężczyzn, udających się na zakupy do wioski. Wszyscy są Syryjczykami i przybyli na Lesbos około miesiąc temu.

 

„To więzienie. Uciekliśmy na przynajmniej jeden dzień. Zrobiliśmy dziurę w ogrodzeniu” – mówi PAP jeden z nich. „Jedzenie, które nam tam dają jest straszne, ciągle ryż albo ziemniaki. Tęsknimy za warzywami, owocami, więc idziemy coś kupić” - mówią. Na pytanie, czy rzeczywiście mają zamiar jeszcze tego samego dnia wrócić do obozu, wybuchają śmiechem.

 

„Przecież stąd nie ma dokąd uciekać. Nie mamy wyjścia” – mówią. „Poza tym przyjeżdża papież – przygotowaliśmy dla niego różne transparenty. To nasza szansa pokazać światu jak tu jest”.

 

Opowiadają, że na różnych ścianach otaczających obóz jeszcze w tym tygodniu można było zobaczyć różnego rodzaju graffiti przeciwko deportacjom i ograniczaniu swobody ruchu. W ciągu ostatnich kilku dni wszystkie one zostały jednak zamalowane. Rygor w obozie także uległ zaostrzeniu. Wszyscy dziennikarze są odprawiani z kwitkiem. Nawet podczas wizyty papieża, który spotyka się tu z 250 reprezentantami około 3 tys. migrantów z obozu, tylko garstka z nich będzie miała prawo być obecna. Mimo to, do obozu stale ktoś wchodzi lub wychodzi. Na jego terenie działają międzynarodowe organizacje charytatywne takie jak Save the Children czy chrześcijańskie Samaritan’s Purse i Remar/Posłowie Pokoju, a także grecka Praksis i inne mniejsze grupy ochotników.

 

Każde NGO czy ochotnicza formacja ma innego koloru podkoszulki, które są ich znakiem rozpoznawczym, dlatego przy bramie wejściowej jest zawsze bardzo barwnie. Sacha Myers, rzeczniczka Save the Children, organizacji, która na terenie obozu prowadzi punkt zabawowy dla dzieci, a także centrum dla karmiących matek, mówi PAP, że obóz jest przepełniony i panujące w nim warunki z dnia na dzień ulegają pogorszeniu.

 

„Obóz został zaplanowany na maksimum półtora tysiąca ludzi, obecnie przebywa w nim drugie tyle. Na dodatek, co najmniej jedna trzecia przebywających w nim osób to dzieci i osoby niepełnoletnie” – mówi Myers. Dodaje, że z tego powodu kilka dni temu, władze przeniosły wszystkie osoby chore i niepełnosprawne do drugiego obozu, który znajduje się blisko Mityleny, w Kara Tepe. Jest to obóz otwarty, ale osoby przeniesione tam z Mori mają zakaz jego opuszczania.

 

Myers jest optymistką i wierzy, że wizyta papieża jest ważna dla uchodźców i migrantów przebywających na wyspie, ponieważ daje im ona nadzieję, i że być może dzięki Franciszkowi ich los ulegnie poprawie.

 

„Ważne jest też uczucie, że ktoś jednak się o nich troszczy, że tak ważna osoba o nich myśli” – mówi Myers. Jednak Stefanos Diamantopoulos, znany prezenter radiowy z Salonik, który przyjechał na Lesbos razem z setkami innych dziennikarzy na czas papieskich odwiedzin, jest o wiele bardziej sceptyczny.

 

„Tak, to prawda, że ta wizyta jest ważna, szczególnie dlatego, że Franciszek spotyka się tutaj z patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem oraz arcybiskupem Aten i całej Grecji Hieronimem. To ma duże znaczenie dla dialogu międzykościelnego. No i prawdą jest, że wszyscy trzej będą się tu dziś modlić za wszystkie ofiary tej wielkiej ludzkiej tragedii. Ale nie bądźmy naiwni – to nie jest najważniejszy cel tego wydarzenia. Prawdziwa wiadomość polityczna, która dzisiaj płynie z Lesbos jest jednoznaczna – to koniec trasy dla migrantów wiodącej z Turcji przez wyspy greckie do Europy”.

(PAP)