Wewnętrzny audyt pogrąża Clinton - prywatny serwer był nadużyciem

Związany z tym skandal, który wybuchł półtora roku temu, położył się cieniem na kampanię Clinton, która jest faworytką w wyścigu o nominację Demokratów w tegorocznych wyborach prezydenckich w listopadzie. Środowe doniesienia spowodowały, że ponownie znalazła się ona w ogniu krytyki, płynącej zwłaszcza z szeregów Republikanów, którzy twierdzą, że naraziła na szwank bezpieczeństwo narodowe USA. Ale oczekuje się, że również wśród Demokratów reakcja będzie negatywna i potwierdzi opinię o Clinton jako osobie niegodnej zaufania i ukrywającej swoje tajemnice.

 

Z ogłoszonego raportu inspektora generalnego Departamentu Stanu wynika, że wbrew zaleceniom obowiązującym rząd federalny, stojąc na czele resortu w latach 2009-13, Clinton do celów służbowych używała serwera clintonemail.com, umieszczonego w piwnicy jej nowojorskiego domu. Napisano też, że nigdy nie ubiegała się o zgodę na to ze strony służb odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo amerykańskiej administracji. A gdyby się ubiegała, to nie dostałaby pozwolenia, ponieważ mejle na tym serwerze nie były odpowiednio zabezpieczone przed ingerencją z zewnątrz i byłoby to wbrew zasadom.

 

Raport głosi ponadto, że kiedy dwóch informatyków niskiego szczebla pracujących w resorcie w 2010 roku próbowało zwrócić uwagę na niewłaściwy sposób, w jaki sekretarz stanu korzysta z prywatnej skrzynki, usłyszeli oni od zwierzchnika, by nigdy więcej już nie podnosili tej kwestii, i że prawnicy Departamentu Stanu zgodzili się na to. Jednak inspektor generalny nie znalazł żadnego dowodu, że taka zgoda rzeczywiście zapadła.

 

Niezależnie od wewnętrznego audytu w Departamencie Stanu FBI prowadzi dochodzenie, czy używanie przez Clinton prywatnej skrzynki i serwera do celów służbowych naraziło na szwank tajemnice państwowe. Clinton przyznała w kampanii, że to, co robiła, było błędem i za niego przeprosiła, ale powiedziała, że nigdy nie wysłała ani nie otrzymała na prywatny adres mejli oznaczonych jako tajne lub poufne. Podkreślała też, że nie złamała prawa.

 

Jednak później wewnętrzne rządowe dochodzenie ujawniło, że wiele wysłanych przez nią mejli zawierało poufne informacje. Z ogólnej liczby 30 tys. mejli, jakie Clinton przekazała w następstwie skandalu do dyspozycji Departamentu Stanu, około dwóch tysięcy zaklasyfikowano po fakcie jako poufne, 65 jako tajne, a 22 jako ściśle tajne.

 

Także ministerstwo sprawiedliwości prowadzi własne dochodzenie, czy Clinton nie złamała prawa.

 

Raport z audytu powstał na skutek skandali wokół mejli Hillary Clinton, ale objął także czas urzędowania trojga poprzednich sekretarzy stanu oraz obecnego - Johna Kerry'ego. Wszyscy - poza Clinton - byli przesłuchiwani przez urzędników inspektora generalnego. Okazało się, że także w ich czasach były nieprawidłowości z wdrożeniem w resorcie zasad bezpieczeństwa komunikacji elektronicznej, i że dotyczyło to również urzędników najwyższego szczebla.

 

"Jest jasne, że departament mógł był lepiej chronić mejle sekretarzy stanu i wysokich urzędników w paru poprzednich administracjach" - powiedział obecny rzecznik resortu Mark Toner. Dodał, że zalecenia dotyczące cyberbezpieczeństwa sformułowane na skutek audytu zostały wdrożone już wcześniej.

 

Powiedział też, że urzędnicy Departamentu Stanu wiedzieli, że Clinton używa prywatnej skrzynki w sprawach służbowych, ale nie mieli świadomości, że dzieje się to na tak dużą skalę.

 

Na tej podstawie rzecznik Clinton Brian Fallon uznał, że raport obala krytykę kandydatki do prezydentury wyrażaną przez jej politycznych adwersarzy.

 

"Wbrew fałszywym teoriom wysuwanym od pewnego czasu raport stwierdza, że urzędnicy w Departamencie Stanu wiedzieli, że używa ona osobistej skrzynki pocztowej, a także, że nie ma dowodu na włamanie do serwera sekretarz stanu" - powiedział Fallon. Jego zdaniem Clinton postępowała tak samo, jak inni szefowie dyplomacji USA przed nią.

 

Tymczasem pochodzący z Rumunii haker Marcel Lazar znany jako "Guccifer", który ujawnił istnienie prywatnego serwera pocztowego Hillary Clinton, przyznał się w środę przed sądem w Wirginii do uprawiania hackingu w internecie. Wcześniej w wywiadach opowiadał, jak łatwo włamał się na serwer clintonemail.com, czego jednak nie potwierdzili przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości. Wyrok ma zapaść 1 września.

 

(PAP)