Policja: nie żyje sprawca strzelaniny w klubie na Florydzie

Policja: nie żyje sprawca strzelaniny w klubie na Florydzie
PAP/EPA/UNIVISION FLORIDA CENTRAL

Do incydentu doszło w klubie dla gejów o nazwie Pulse, tuż przed zamknięciem. Według świadków wewnątrz mogło być ponad sto osób.

 

"Możemy potwierdzić, że jest wielu poszkodowanych" - napisała policja na Twitterze, nie precyzując, czy chodzi o rannych czy zabitych. Według lokalnych mediów obrażenia mogło odnieść 20 osób.

 

"Napastnik, który był wewnątrz klubu, nie żyje" - dodała policja, cztery godziny po początku incydentu. Nie wyjaśniła, w jaki sposób zginął sprawca strzelaniny.

 

"Ok. godz. 2 (godz. 8 czasu polskiego) ktoś zaczął strzelać. Ludzie padli na ziemię" - opowiadał telewizji Sky News jeden z klientów Pulse, Ricardo Negron.

 

"Przypuszczam, że napastnik strzelał w powietrze. (...) Nastąpiła krótka przerwa, niektórzy z nas mogli wstać i wybiec tylnym wyjściem" - relacjonował. Świadek twierdzi, że następnie przez niecałą minutę słyszał odgłosy strzałów. "Na pewno niektórzy zostali ranni, albo i gorzej" - dodał.

 

Inny świadek Jon Alamo słyszał ok. 50 strzałów. Udało mu się wydostać z budynku dzięki bramkarzowi, który wpuścił klientów na zaplecze, zazwyczaj dostępne tylko dla pracowników.

 

Policja nakazała trzymanie się z dala od klubu. Przed budynkiem funkcjonariusze przeprowadzili kontrolowaną eksplozję, ale nie poinformowali, jaki był jej cel.

 

Na nagraniach wideo, które pojawiają się w mediach społecznościowych, widać jak poszkodowanym osobom udzielana jest pomoc przed klubem.

 

Reporter lokalnej telewizji WESH donosił, że napastnik przetrzymywał zakładników w budynku i miał grozić, że ma przy sobie materiały wybuchowe.

 

Na miejscu jest wiele karetek pogotowia i radiowozów. Według CNN są tam też psy wykrywające materiały wybuchowe.

 

Na Facebooku klubu zamieszczono wpis, w którym wezwano wszystkich do jak najszybszego opuszczenia budynku. "Wszyscy wyjdźcie i biegnijcie!" - napisano.

 

Była to już druga strzelanina w Orlando w ostatnich dniach. W piątek późnym wieczorem 22-letnia amerykańska wokalistka Christina Grimmie, znana m.in. z występów w popularnym programie telewizyjnym "The Voice", została zastrzelona, gdy rozdawała autografy po koncercie. Do tej tragedii doszło w sali The Plaza Live, oddalonej o niecałe 5 km od klubu Pulse.

 

Jej zabójca, 27-letni mężczyzna, popełnił samobójstwo. Motywy jego działania wciąż nie są znane. Grimmie zmarła w szpitalu na skutek odniesionych obrażeń.

 

(PAP)