Lekkoatletyczne ME: historyczny sukces Polaków, pierwsi w tabeli medalowej

Lekkoatletyczne ME: historyczny sukces Polaków, pierwsi w tabeli medalowej
PAP/Adam Warżawa

Nikt z faworytów w Holandii nie zawiódł, a były też miłe niespodzianki.

 

Złote krążki - zgodnie z oczekiwaniami kibiców i ekspertów - wywalczyli Anita Włodarczyk (Skra Warszawa) - 78,14 i Paweł Fajdek (Agros Zamość) - 80,93. Oboje wygrali z ponad dwumetrową przewagą. Dla podopiecznej Krzysztofa Kaliszewskiego był to już trzeci triumf w tej imprezie z rzędu, dla dwukrotnego mistrza świata Fajdka to brakujący krążek do kolekcji.

 

To ma być jednak w tym wypadku tylko przedsmak tego, co kibiców czeka w Rio de Janeiro. Oboje w igrzyskach celują w złoto. To tak naprawdę ich jedyny tytuł, jakiego jeszcze nie mają.

 

"Zadanie wykonane, na laurach nie spoczywam, wracam do kraju i biorę się dalej do roboty" - powiedział Fajdek.

 

Zdenerwowany był Wojciech Nowicki (Podlasie Białystok), który drugi rok z rzędu na seniorskiej imprezie stanął na najniższym stopniu podium. Rok temu miał też brąz w mistrzostwach świata. Z dziennikarzami nie chciał później rozmawiać.

 

Wszyscy liczyli także na Adama Kszczota (RKS Łódź) w biegu na 800 m (1.45,18) i Piotra Małachowskiego (WKS Śląsk Wrocław) w rzucie dyskiem (67,06). "Weterani" polskiej ekipy nie zawiedli i na Medal Plaza w centrum miasta zabrzmiał dla nich Mazurek Dąbrowskiego.

 

Hymn Polski zagrano także nieoczekiwanie dla Angeliki Cichockiej (SKLA Sopot), która triumfowała w biegu na 1500 m - 4.33,00 i tyczkarza Roberta Sobery (AZS AWF Wrocław) - 5,60. Oboje byli w dobrej formie w tym sezonie, ale niewielu było takich, którzy stawiali na to, że w czempionacie Starego Kontynentu zabłysną na złoto.

 

"Mam wahania formy, nie zawsze wykorzystuję swoje możliwości. Ale... Jestem młody, przede mną jeszcze przynajmniej 10 lat sportu. Wiem, nad czym muszę pracować. Dziś jest to przełomowa chwila w mojej karierze" - skomentował Sobera.

 

W tyczce największą sensacją była "zerówka" rekordzisty globu Francuza Renauda Lavillenie. Zaczął on konkurs od 5,75 w momencie, gdy nikogo już nie było. Przeliczył się, bo na skoczni tego dnia karty rozdawał wiatr. Trzy razy strącił, a Sobera złapał się za głowę. Zdobył w ten sposób swój pierwszy medal seniorskiej imprezy, a bardziej utytułowani Piotr Lisek (OSOT Szczecin) i Paweł Wojciechowski (CWZS Zawisza Bydgoszcz SL) tym razem bili mu brawo.

 

Do elity znowu wraca Marcin Lewandowski (CWZS Zawisza Bydgoszcz SL), mistrz Europy sprzed sześciu lat. To właśnie on mówił, że historia lubi się powtarzać. W Barcelonie w 2010 dwóch Polaków na dystansie 800 m stanęło na podium. Na metę wtedy pierwszy dotarł "Lewy", a trzeci był Kszczot. Teraz było lepiej. Bo Kszczot jest złoty, a Lewandowski srebrny.

 

Amsterdam był szczęśliwy jeszcze dla trzech Polaków, którzy po raz pierwszy do kraju będą wracać z krążkiem na szyi. Na drugim stopniu podium stanęli: Joanna Linkiewicz (AZS AWF Wrocław) w biegu na 400 m ppł - 55,33, Michał Haratyk (AZS AWF Kraków) w pchnięciu kulą - 21,19 i Karol Hoffmann (MKS Aleksandrów Łódzki) w trójskoku - 17,16.

 

Zwłaszcza Hoffmann jest sporą niespodzianką. W Holandii wypełnił minimum olimpijskie i nawiązał do pięknych tradycji. Jego ojciec Zdzisław w 1983 roku został w tej samej konkurencji mistrzem świata i do niego należy też rekord Polski - 17,53. O talencie Karola mówiło się od lat, ale ciągle stawało mu coś na drodze. "Odpalił" w Amsterdamie i teraz jego kariera powinna nabrać tempa. Tym bardziej, że ma 27 lat, czyli wchodzi w najlepszy dla trójskoczka wiek.

 

W Holandii triumfował zaledwie 19-letni Niemiec Max Hess, który Polaka wyprzedził o cztery centymetry. To też była spora niespodzianka.

 

Oczekiwania spełnił Haratyk, który wprawdzie przyjechał jako lider europejskiej listy wyników, ale faworytem był dwukrotny mistrz świata Niemiec David Storl. Eksperci mieli rację. To właśnie on triumfował, ale Polak nie ma się czego wstydzić. Tym bardziej, że był to jego dopiero drugi występ w narodowych barwach.

 

O pechu może mówić Konrad Bukowiecki (Gwardia Szczytno). Ambitny 19-latek został sklasyfikowany na czwartym miejscu, a medal przegrał z Portugalczykiem Tsanko Arnaudovem... jednym centymetrem. Zresztą tuż za podium była także trójskoczkini Anna Jagaciak-Michalska (OŚ AZS Poznań) - 14,40, Damian Czykier (Podlasie Białystok) w biegu na 110 m ppł - 13,40 i Marcin Chabowski (STS Pomerania Szczecin) w półmaratonie - 1:02.54.

 

Dla Polaków mistrzostwa Europy zakończyły się srebrnym medalem męskiej sztafety 4x400 m, która pobiegła w składzie: Łukasz Krawczuk, Kacper Kozłowski, Jakub Krzewina i Rafał Omelko - 3.01,18. Przegrali oni tylko Belgami, a właściwie... braćmi Borlee. Bo aż trójka - Jonathan, Dylan i Kevin tworzyła sztafetę, na pierwszej zmianie wystąpił Julien Watrin.

 

Zresztą rodzinnych akcentów w Amsterdamie było więcej. Wystarczy wspomnieć Filipa i Henrika Ingebrigtsena - norwescy bracia stanęli na najwyższym i najniższym stopniu podium w biegu na 1500 m.

 

Ciekawie było też na 5000 m, kiedy wszyscy medaliści na mecie mieli dokładnie taki sam czas - 13.40,85. Medale rozdano dwóm Hiszpanom Iliasowi Fifie, Adelowi Mechaalowi i Niemcowi Richardowi Ringerowi.

 

Oczekiwania gospodarzy spełniła za to największa lekkoatletyczna gwiazda tego kraju Dafne Schippers. Niedawna wieloboistka przerzuciła się dwa lata temu na sprint i radzi sobie znakomicie. W Amsterdamie triumfowała na 100 m - 10,90 i poprowadziła sztafetę 4x100 m do złotego krążka. (PAP)