B. szef kancelarii Lecha Kaczyńskiego winny, ale bez kary

B. szef kancelarii Lecha Kaczyńskiego winny, ale bez kary

 



Taki nieprawomocny wyrok Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście wydał we wtorek - o czym wtedy nie informowano. Fakt ten ujawniła w czwartek sędzia Ewa Leszczyńska-Furtak, rzeczniczka ds. karnych Sądu Okręgowego w Warszawie.

 

Podała, że sąd skazał oskarżonego, odstępując od wymierzenia mu kary. Sąd powołał się na przepis Kodeksu karnego, mówiący że jeżeli przestępstwo jest zagrożone karą pozbawienia wolności nieprzekraczającą 3 lat, a społeczna szkodliwość czynu nie jest znaczna, sąd może odstąpić od wymierzenia kary - jeśli orzeka równocześnie środek karny, a cele kary zostaną przez ten środek spełnione.

 

Sąd orzekł wobec Kownackiego środek karny w postaci 20 tys. zł świadczenia pieniężnego na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej; obciążył go też kosztami postępowania. "Ustne motywy orzeczenia zostały podane z wyłączeniem jawności" - dodała sędzia. Strony mogą złożyć apelacje.

 

W grudniu 2010 r. warszawska prokuratura oskarżyła Kownackiego (zgadza się na podawanie nazwiska), że - jako szef Kancelarii Prezydenta RP - ujawnił dziennikarzowi gazety "Dziennik" tajemnicę służbową w postaci raportu ABW. Podsądny nie przyznał się do zarzutu.

 

Zgodnie z zarzutem, funkcjonariusz publiczny, który ujawnia osobie nieuprawnionej informację stanowiącą tajemnicę służbową lub informację, którą uzyskał w związku z wykonywaniem czynności służbowych, a której ujawnienie może narazić na szkodę prawnie chroniony interes, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

 

Raport dotyczył incydentu z 23 listopada 2008 r., gdy konwój samochodów z prezydentami Lechem Kaczyńskim i Micheilem Saakaszwilim zatrzymano przy granicy z Osetią Płd. Rozległy się strzały. Nikomu nic się nie stało. W raporcie ABW za najbardziej prawdopodobną uznała hipotezę, iż to sama strona gruzińska mogła wykreować sytuację, w której strzelano w obecności prezydentów - by winą obciążyć wspierających Osetię Rosjan. Podkreślano w nim też, że BOR w ostatniej chwili dowiedziało się o wyjeździe prezydentów na granicę, a w chwili, gdy padły strzały, Kaczyński nie miał właściwej obstawy. Po incydencie - który według ustaleń Kolegium ds. Służb Specjalnych nie miał charakteru zamachu na prezydentów - odwołano szefa ochrony prezydenta RP.

 

Sam L. Kaczyński sugerował, że strzały oddali Rosjanie z pobliskiego posterunku. Szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow uznał zdarzenie za prowokację gruzińską. Potem Osetyjczycy przyznali, że strzelali w powietrze, aby zatrzymać kolumnę samochodów z Gruzji.

 

Raport ABW miał różne ponumerowane kopie - w tym jedną przeznaczoną dla Kancelarii Prezydenta RP. Każda kopia była opatrzona szczególnym znakiem. Skany jednej z kopii ujawniono na stronach internetowych "Dziennika". Agencja zawiadomiła prokuraturę o przestępstwie. Media podawały, że ABW rozpracowywała Kownackiego, "angażując spore środki operacyjne", ustalając m.in. billingi rozmów i miejsca logowania telefonów do przekaźników telefonii komórkowej; badano też księgi wejść i wyjść z Kancelarii Prezydenta.

 

Sam Kownacki mówił, że nie czuje się winny, a "próbę obarczenia odpowiedzialnością za ujawnienie poufnej informacji traktuje jako polityczną prowokację". Oceniał, że informacje o ujawnieniu tajemnic dziennikarzom miały odwrócić uwagę od meritum sprawy, za które uważał to, że raport ABW był "wątpliwej jakości".

 

W 2013 r. sąd nie uwzględnił wniosku obrony, by sprawę umorzyć bez przeprowadzania procesu, z "braku znamion czynu zabronionego". W procesie - który ruszył w 2014 r. - jako świadkowie zeznawali m.in. b. premier Donald Tusk, b. szef MSZ Radosław Sikorski, b. szef ABW gen. Krzysztof Bondaryk, b. szef kancelarii premiera Tomasz Arabski. Proces w dużej części był niejawny.

 

Powołując się na tajemnicę dziennikarską, dziennikarze Paweł Reszka i Michał Majewski odmówili w sądzie ujawnienia, jak zapoznali się z raportem, gdyż informator zastrzegł sobie anonimowość. Prokuratura w 2008 r. zwolniła operatora telefonii komórkowej z tajemnicy, dzięki czemu ABW mogła ustalać, z kim dziennikarze w tamtym okresie kontaktowali się telefonicznie oraz wskazać dzięki logowaniom ich telefonów, gdzie dokładnie się znajdowali. Sąd oddalił ich zażalenie na tę decyzję.

 

Sąd pokazał dziennikarzom akta sprawy, w których ABW rozrysowała wszystkie połączenia telefoniczne, jakie wykonywali w tamtych dniach oraz numery telefonów, z jakich do nich dzwoniono. "To dla mnie szokujący dokument, pokazujący, że byłem inwigilowany również w tym zakresie, który w żaden sposób nie wiąże się z przedmiotem sprawy" - komentował Majewski. "Jestem zszokowany charakterem i zakresem tej inwigilacji" - dodawał. Podobnie oceniał Reszka. "Jeśli wysoki sąd chciał mną wstrząsnąć, to się udało" - mówił.

(PAP)