Rio/pięciobój - Nowacka: jestem najszczęśliwszą osobą na świecie

Rio/pięciobój - Nowacka: jestem najszczęśliwszą osobą na świecie
PAP/EPA/NIC BOTHMA

„Chyba na każdym zdjęciu będę rozpłakana, ale to był niezwykły moment, szczególnie po przejściach, jakie miałam w tym roku. Bałam się, że na te igrzyska w ogóle nie pojadę, zwłaszcza jak kontuzja nie przechodziła. Momentami nie mogłam chodzić z bólu. Wszystko się udało, jestem tutaj, gdzie jestem. Było dobrze do samego biegu, którego bałam się najbardziej” – powiedziała tuż za metą.

 

Dochodziła do siebie bardzo długo. Leżała na trawie i nie miała nawet siły otworzyć butelki z wodą. Wycieńczona i płacząca, ale to były łzy szczęścia.

 

„Musiałam podołać wyzwaniu i wytrzymać. Wiedziałam, że będzie mnie to dużo kosztowało, ale mimo bólu dowiozłam ten medal i chyba jestem najszczęśliwszą osobą na świecie” - dodała.

 

Po trzech konkurencjach – szermierce, pływaniu i jeździe konnej była liderką.

 

„Wiedziałam, że to moja jedyna szansa, żeby tutaj wywalczyć medal. Bieganie to zazwyczaj moja bardzo dobra strona, ale przez kontuzję nie byłam w stanie tego w ogóle trenować. Poza tym konkurencji technicznych się nie zapomina mimo kontuzji. Można gdzieś stracić lekko formę, ale to są rzeczy, które się pamięta i do których się wraca. Dlatego też biegu bałam się najbardziej, bo 4x800 m to jest bardzo niewdzięczny dystans dla osoby powracającej po kontuzji. Ale wierzyłam w siebie, że po prostu dobiegnę, nawet jeśli miałabym paść, zemdleć, umrzeć… Wiedziałam, że muszę to zrobić” - przyznała.

 

Medal Nowackiej jest 300. w historii polskiego olimpizmu i został wywalczony sporym trudem.

 

„W pięcioboju jest tak, że jak się jest na fali, to się też kończy na fali. Dlatego po takim świetnym początku głęboko wierzyłam, że dam radę. Nie mogłam sama siebie zawieść i w siebie zwątpić, mimo myśli i stresujących momentów, które gdzieś tam mnie dopadały. Do końca wierzyłam, że mnie na to stać i wiedziałam, że o to zawalczę” - zapewniła.

 

Trudnym momentem w pięcioboju nowoczesnym jest także jazda konna. Często niezależna jest od samego zawodnika, ponieważ konia się losuje.

 

„Świetnie dogadałam się z klaczą. Cudowny koń i muszę jeszcze go gdzieś tu znaleźć i ucałować, bo dużo mu zawdzięczam” - oceniła.

Nowacka nie przyjechała na igrzyska jako faworytka, mimo że ma medale mistrzostw świata. To krążek zdobyty przede wszystkim niezwykłą walecznością. Nie tylko zademonstrowaną w Rio de Janeiro, ale także tą, którą musiała pokazać w walce z kontuzją.

 

„To był medal wydarty wszystkimi siłami, jakie miałam, głęboką wiarą w siebie i w to, że pracowałam na to całe życie. Dużo na to poświęciłam i to nie tylko ja, ale wszyscy moi bliscy, którzy byli ze mną przez ten cały czas. Nie wiem, co powiedzieć, wszystko kończy się łzami szczęścia” - dodała.

 

Wbrew wszelkim zaleceniom lekarzy oraz opiniom trenerów Nowacka jest jednym z niewielu wyczynowych sportowców, którzy są… weganami.

 

„Od 2,5 roku nie jem mięsa i jest mi z tym bardzo dobrze. Wcale nie mam mniej siły i wiem, że będąc weganką można zrobić wszystko. Tutaj na stołówce jest wiele różnych rzeczy, ale jak jestem na zawodach, to chodzi bardziej o wegetarianizm, bo ciężko jest się odżywiać inaczej. W Rio zaplątał się do jadłospisu nabiał, jajka. Nie jestem w stanie sobie sama gotować, dlatego muszę jeść, co jest” - powiedziała.

 

Sama wierzy w to, że właśnie odżywianie ma bardzo duży wpływ na wyniki i zdrowie.

 

„Po dwóch operacjach nie byłam w stanie wrócić do sportu, czułam się fatalnie, więc gdzieś tam się pojawiła myśl, że czas coś ze sobą zrobić. Trenuję, ale to już nie wystarczało. Zaczęłam zatem szukać swojej drogi. Na początku zaczęłam po prostu się racjonalnie odżywiać, potem im głębiej zaczęłam wchodzić w temat, zaczęłam sama szukać tego, z czym mi najlepiej. Został weganizm, z wielu powodów: zdrowotnych, ekonomicznych, humanitarnych i etycznych. To była moja droga, dużo osób mi mówiło, że jestem szalona i tak się nie da. Wiem, że jeśli czegoś jestem pewna, to to robię. A tego byłam na sto procent pewna” - zaznaczyła.

 

Pięciobój, jak to często bywa, nie był dyscypliną, o której marzyła jako mała dziewczynka. Trafiła do niego przez przypadek.

 

„Zawodnicy nie wybierają pięcioboju, ale pięciobój wybiera nas. Jako młoda dziewczynka ze Starogardu Gdańskiego zaczynałam bieganie u boku mojego taty, jednocześnie pływałam. Startowałam i w jednym, i w drugim, ale nadszedł czas, gdzie trzeba było coś wybrać. Kochałam jedno i drugie. Rozwiązanie samo się znalazło, bo pojechałam na dwubój. Wyszło mi bardzo dobrze. Po roku dostałam powołanie do ośrodka szkoleniowego w Łomiankach i tam zaczęła się moja przygoda” – opowiedziała.

 

Dom rodzinny opuściła w wieku… 14 lat. Tylko po to, by całkowicie poświęcić się pięciobojowi. Po 11 latach treningu osiągnęła największy sukces w karierze.

 

„Dopiero teraz widzę, jak młoda byłam, kiedy wyjeżdżałam z domu. Dla rodziców była to na pewno bardzo trudna decyzja, ale zawsze miałam z nimi bardzo dobre relacje. Bardzo mi ufali, nigdy mi niczego nie zabraniali, przez co ja też nigdy nie chciałam robić im niczego na przekór i myślę, że dzięki tej miłości, wsparciu, zaufaniu było możliwe, żebym spełniała swoje marzenia. Oni cały czas mnie wspierają, 300 km dalej, ale byli zawsze obok” - zapewniła.

 

Jadąc na igrzyska, nie stawiała sobie zbyt wielkich celów. Cieszyła się, że dostała szansę, o jakiej marzy każdy sportowiec.

 

„Po tych wszystkich przygodach i przeżyciach. To potwierdziło się już w pierwszej konkurencji, szermierce, kiedy po prostu wchodziłam na planszę. Ja już wylewałam łzy szczęścia, że tu jestem. Myślę, że przez ten optymizm, uśmiech nieschodzący z twarzy, byłam w stanie to zrobić. Bardzo się cieszyłam i cały czas myślałam tylko o tym, że cokolwiek by się nie stało, będzie na pewno dobrze. Trzeba zaufać sile wyższej, światu, bo zawsze prowadzi nas najlepszymi ścieżkami. Może gdybym nie miała kontuzji, nie miałabym medalu” – dodała.

 

W trwającej do niedzieli imprezy Polska wywalczyła dziesięć medali, w tym dwa złote.

 

(PAP)