Ostatnia podróż zagraniczna Obamy w cieniu zwycięstwa Trumpa

Ostatnia podróż miała być okazją dla Obamy do pożegnania się z najbliższymi sojusznikami, zwłaszcza w Europie. Teraz Obama będzie musiał przede wszystkim uspokajać zagranicznych partnerów, zszokowanych wynikiem wyborów prezydenckich w USA, w których wygrał we wtorek kontrowersyjny biznesmen bez żadnego doświadczenia politycznego, Republikanin Donald Trump.

 

"Oczekujemy, że wybory będą głównym tematem, gdziekolwiek się pojawimy podczas tej podróży" - przyznał w piątek zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Obamy Ben Rhodes.

 

Obama bardzo zaangażował się w kampanii prezydenckiej na rzecz kandydatki Demokratów Hillary Clinton. Od miesięcy przekonywał Amerykanów, że Trump nie ma ani odpowiednich kwalifikacji, ani wiedzy, ani temperamentu do pełnienia najwyższego urzędu w kraju. Ale od wyborów wygranych przez Trumpa apeluje do Amerykanów o jedność, zapewniając, że zależy mu na sukcesie nowego prezydenta.

 

Na świecie perspektywa prezydentury Trumpa też wywołuje mnóstwo niepewności. To, co niepokoi najbardziej w Europie, to wypowiedzi Trumpa kwestionujące NATO i zaangażowanie USA na rzecz bezpieczeństwa sojuszników. Ponadto Trump zapowiedział w kampanii anulowanie osiągniętego niedawno w Paryżu międzynarodowego porozumienia klimatycznego, a także zakwestionował porozumienie ws. irańskiego programu nuklearnego.

 

"Myślę, że prezydent Obama wykorzysta rozmowy z liderami, by wyrazić pogląd, że biorąc po uwagę wielkie wyzwania, przed jakimi stoimy, to niezależnie od naszych preferencji wyborczych, nam Amerykanom zależy, by tej nowej administracji się powiodło. I mówiąc szczerze, światu też powinno na tym zależeć, zważywszy na przywódczą rolę, jaką odgrywamy" - powiedział Rhodes. Podkreślił, że sojusz transatlantycki, w tym NATO, trwa od dekad, niezależnie od tego, kto stoi na czele amerykańskiej administracji, ale przyznał, że "nowa administracja podejmie własne ustalenia" w takich sprawach jak paryskie porozumienie klimatyczne, umowa irańska czy handel międzynarodowy.

 

Jak powiedział PAP analityk Partii Republikańskiej Henry Olsen, Europejczycy muszą zrozumieć, że USA nie będą łożyć na ich bezpieczeństwo, jeśli sojusznicy sami nie wniosą wystarczającego wkładu w NATO. "Gdybym był Europejczykiem i chciał, by Ameryka była zaangażowana w bezpieczeństwo w Europie, to zacząłbym od podniesienia budżetów na obronę do obowiązującego w NATO poziomu 2 proc. PKB" - powiedział Olsen. Zasugerował, że kraje europejskie powinny już na pierwszym spotkaniu z Trumpem pokazać mu, że są gotowe "zrobić więcej w ramach przyjaźni transatlantyckiej".

 

Obama zaczyna swą sześciodniowa podróż od Grecji, gdzie ma wyrazić poparcie dla reform i poświęcenia Greków, by zbalansować budżet i naprawić gospodarkę. We wtorek spotka się z prezydentem i premierem tego kraju, a w środę zwiedzi Partenon i wygłosi duże przemówienie na temat demokracji i globalizacji. Ma w nim odnieść się też do wyborów w USA oraz referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia z UE, a także generalnie do krajobrazu politycznego na świecie.

 

Z Aten Obama odleci do Berlina, gdzie spotka się w czwartek z kanclerz Angela Merkel, która - jak podkreślił Rhodes - "była najbliższym partnerem prezydenta przez całą prezydenturę". "Prezydent chciał spotkać się z nią raz jeszcze, by podziękować za partnerstwo i przywództwo" - dodał Rhodes. Na kolacji dołączą do nich przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Włochy. Wśród tematów rozmów Rhodes wyliczył m.in. walkę z IS, migrację, współpracę antyterrorystyczną, sytuację w Syrii i na Ukrainie.

 

W piątek Obama uda się do Peru na szczyt Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC). Na marginesie tego szczytu Obama spotka się z prezydentem Chin Xi Jinpingiem oraz premierem Australii Malclomem Turnbullem.

 

Obama będzie musiał wyjaśnić azjatyckim partnerom, że transpacyficzna umowa handlowa, tzw. TTP (z ang. Trans-Pacific Partnership), którą z tak wielkim trudem wynegocjowali w ubiegłym roku, najpewniej trafi do kosza. W piątek republikańscy liderzy w Kongresie oznajmili bowiem, że już nie poddadzą go ratyfikacji do końca kadencji Obamy. Natomiast prezydent elekt, który zostanie zaprzysiężony 20 stycznia obiecał w kampanii, że już od pierwszego dnia odrzuci to porozumienie. Z takie obrotu sprawy z pewnością ucieszą się Chiny, które nie są sygnatariuszem TTP i planują własne umowy handlowe z krajami w regionie. TPP miał być najbardziej konkretnym elementem strategii "zwrotu ku Azji", którą Obama ogłosił w 2012 roku jako przeciwwagę dla rosnącej potęgi Chin.

 

(PAP)