USA: Próby zablokowania Trumpowi drogi do Białego Domu

USA: Próby zablokowania Trumpowi drogi do Białego Domu
fot. PAP/EPA
W artykule pt. "Czemu nie oddam mojego elektorskiego głosu na Trumpa", opublikowanym w dzienniku "New York Times", Christopher wyjaśnił, że zgodnie z intencją ojców założycieli USA Kolegium Elektorskie powstało po to, by zapewnić, że kandydaci na prezydenta USA są "wykwalifikowani, niezaangażowani w demagogię i wolni od wpływów zagranicznych rządów".
 
"Pan Trump wielokrotnie udowodnił, że nie spełnia tych kryteriów" - napisał Christopher. Podkreślił, że wybory na prezydenta jeszcze się nie skończyły, a elektorzy mogą wciąż dokonać decyzji dla dobra kraju. "Prezydenccy elektorzy mają prawo i konstytucyjny obowiązek, by głosować zgodnie z sumieniem. Wierzę, że republikańscy elektorzy powinni zjednoczyć się za alternatywnym Republikaninem, np. kimś tak uczciwym i wykwalifikowanym jak gubernator z Ohio John Kasich" - dodał.
 
Christopher jest jednym z 538 elektorów, którzy oficjalne wybiorą prezydenta USA 19 grudnia. Zgodnie z konstytucją USA, Amerykanie głosowali bowiem 8 listopada nie na kandydatów startujących w wyborach, ale na wyłanianych przez partie elektorów. Liczba elektorów w poszczególnych stanach zależy od liczby jego ludności. Mający najwięcej mieszkańców stan Kalifornia ma aż 55 elektorów, natomiast małe stany Delaware czy Maine – tylko po trzech. We wszystkich stanach (poza Nebraską i Maine) zwycięzca wyborów otrzymuje wszystkie głosy elektorskie, niezależnie od liczby oddanych na niego głosów.
 
Do zapewnienia sobie prezydentury trzeba otrzymać poparcie większości, czyli 270 głosy elektorskie. Trump wygrał w stanach, które w sumie mają 306, a Clinton 232 elektorów. A to oznacza, że do zablokowania wyboru Trumpa przez Kolegium Elektorskie potrzeba 37 republikańskich "nielojalnych elektorów", czyli takich którzy 19 grudnia zagłosują inaczej niż wyborcy w ich stanie.
 
Taki jest właśnie cel grupy pod nazwą "Hamilton electors": przekonać przynajmniej 37 republikańskich elektorów, by nie głosowali na Trumpa. Jeśli bowiem żaden z kandydatów nie zdobędzie 270 głosów elektorskich, wówczas - zgodnie z konstytucją - prezydenta USA wyłoni Izba Reprezentantów, a wiceprezydenta - Senat.
 
Inicjatorami grupy jest dwóch elektorów Partii Demokratycznej: Michael Baca z Colorado i Bret Chiafalo ze stanu Waszyngton. Nazwali swą inicjatywę od nazwiska ojca założyciela USA, pierwszego ministra finansów USA Alexandra Hamiltona. Ten orędownik Kolegium Elektorskiego pisał, że powinno ono zapewnić, że urząd prezydenta USA nigdy nie wpadnie w ręce osoby, która nie jest obdarzona wymaganymi kwalifikacjami. Zdaniem wspomnianych dwóch elektorów Trump jest właśnie taką osobą.
 
Ale nawet gdyby udało im się przekonać wystarczającą grupę republikańskich elektorów, by nie głosowali na Trumpa i sprawa wyboru głowy państwa spadła na Kongres, to Clinton i tak pozostanie bez szans na prezydenturę USA. W obecnym Kongresie większość w obu izbach mają bowiem Republikanie.
 
Dlatego demokratyczni elektorzy stojący za grupą Hamiltona rozważają bardziej skomplikowany scenariusz: głosować 19 grudnia nie na Clinton, ale na innego, bardziej umiarkowanego Republikanina, by zwiększyć jego szanse wobec Trumpa. Według magazynu Politico "przynajmniej ośmiu elektorów Partii Demokratycznej obiecuje, że nie zagłosują na Clinton i poprą alternatywnego dla Trumpa kandydata republikańskiego". "Są bliscy konsensusu, by głosować na gubernatora Ohio Johna Kasicha" - dodał magazyn. Według portalu chodzi głównie o elektorów ze stanu Waszyngton i Colorado, którzy w prawyborach poparli Berniego Sandersa. Namawiają oni obecnie elektorów z innych stanów - zarówno demokratycznych i republikańskich - by poszli ich śladem. Tak, by Kasich już 19 grudnia dostał 270 głosów i został prezydentem.
 
Jak przypomniał niedawno w radiu NPR konstytucjonalista Jeffrey Rosen, szef National Constitutional Center, instytucja kolegium elektorów została stworzona przez autorów konstytucji jako kompromis między zwolennikami wyłaniania prezydenta w głosowaniu powszechnym i zwolennikami wyłaniania go przez Kongres. Ci ostatni uważali, że bezpośrednie wybory głowy państwa nie gwarantują wskazania najlepszego kandydata. "Obawiali się, ze wybory bezpośrednie podnoszą ryzyko wyboru demagogów. Liczyli, że Kolegium Elektorów wybierze najbardziej odpowiedniego kandydata" - powiedział.
 
Dodał, że w historii USA było 157 tzw. "nielojalnych" elektorów, którzy nie zagłosowali na kandydata, który zwyciężył w ich stanie. To w rezultacie ich nielojalnego zachowania aż 30 stanów przyjęło z czasem regulacje nakazujące elektorom - pod groźbą kar finansowych - głosować na kandydata, który zwyciężył w ich stanie. Ale nie są to kary wygórowane - zazwyczaj to kilkaset dolarów.
 
Ani konstytucja USA, ani prawo federalne nie nakazuje elektorom, by głosowali w taki czy inny sposób. Niektórzy komentatorzy oczekują, że z racji, iż Trump jest osobą wysoce kontrowersyjną, może pojawić się "rekordowa" liczba nielojalnych elektorów.
 
Niemniej większość komentatorów uważa, że szanse na rewoltę są praktycznie zerowe, bo głosując inaczej niż ich stany elektorzy wyłamaliby się z dyscypliny partyjnej. A to może być dla nich dotkliwsze w konsekwencjach niż kary finansowe. Na razie poza Suprunem tylko jeden republikański elektor, Art Sisneros, także z Teksasu, publicznie zapowiadał, że może nie poprzeć Trumpa. Jego deklaracja wywołała tak duże kontrowersje w Partii Republikańskiej, że w listopadzie Sisneros złożył rezygnację ze swej funkcji.
 
Poza grupą Hamiltona, jest jeszcze inna inicjatywa, mająca na celu zablokowanie Trumpowi drogi do Białego Domu. To internetowa petycja, którą podpisało już prawie 4,8 mln Amerykanów z apelem do elektorów, by zagłosowali 19 grudnia na Clinton. Jej autorzy twierdzą, że Trump nie jest odpowiednim człowiekiem, by pełnić urząd prezydenta. Przede wszystkim argumentują, że „sekretarz Clinton wygrała w głosach bezpośrednich i to ona powinna być prezydentem", uzyskując 8 listopada 2,5 mln głosów więcej od niego.
 
Z Waszyngtonu Inga Czerny 
 
(PAP)