Gambia: Stan absolutnie wyjątkowy

Gambia: Stan absolutnie wyjątkowy
fot. PAP/EPA
51-letni Yahya Jammeh, który jako porucznik dokonał w 1996 roku zamachu stanu i przejął władzę w dwumilionowej Gambii, najmniejszym kraju Czarnego Lądu, ogłosił we wtorek, że wprowadza na trzy miesiące stan wyjątkowy, żeby dać Sądowi Najwyższemu czas na rozpatrzenie jego wyborczej skargi.
 
1 grudnia Jammeh niespodziewanie przegrał wybory, które rozpisał tylko dlatego, że był pewny wygranej. W jeszcze większe zdumienie wprawił Afrykę, gdy pogodził się z porażką i uznał wygraną swego rywala i rówieśnika, kandydata opozycji Adamy Barrowa. Minęło jednak parę dni i dyktator zmienił zdanie. Korzystając z pretekstu, że centralna komisja wyborcza przyznała się do pomyłek, w wyniku których zawyżyła wygraną Barrowa (ostatecznie Jammeh przegrał różnicą niespełna 20 tys. głosów), zażądał unieważnienia wyborów i przeprowadzenia ich ponownie. Przysięgał, że uzna każdy wyrok Sądu Najwyższego.
 
Sąd Najwyższy nie mógł jednak wydać żadnego orzeczenia, ponieważ od roku składa się wyłącznie z przewodniczącego. Pozostałych sześciu sędziów zostało przez Jammeha zwolnionych, a dwóch ostatnich w czerwcu aresztowano. Nie mogąc mianować sędziów, by rozstrzygali w jego własnej sprawie, Jammeh poprosił o pomoc sędziów z Nigerii i Sierra Leone, ci zaś odpowiedzieli, że nawał pracy i przeładowany kalendarz nie pozwoli im przyjechać na rozprawę do Gambii przed majem, a kto wie, może dopiero w listopadzie. Niezrażony Jammeh obwieścił, że na sprawiedliwy wyrok warto poczekać, a do tego czasu on pozostanie prezydentem i będzie rządził krajem.
 
Generałowie stojący na czele wojska, liczącego niespełna tysiąc żołnierzy, stanęli po stronie Jammeha z obawy, że dojście opozycji do władzy może oznaczać dla nich nie tylko utratę przywilejów i majątków, ale także trybunały za zbrodnie, jakich się dopuścili pod rządami dyktatora.
 
Przeciwko Jammehowi zwróciła się natomiast cała Afryka Zachodnia, uchodząca na Czarnym Lądzie za region demokratycznych wzorców. Zrzeszająca 15 państw regionu Zachodnioafrykańska Wspólnota Gospodarcza (ECOWAS) ogłosiła, że uznaje Barrowa za prezydenta, a jeśli do jego zaplanowanej na 19 stycznia inauguracji Jammeh nie złoży urzędu, wyśle do Gambii korpus ekspedycyjny, który odsunie go od władzy. Także Unia Afrykańska obwieściła, że po 19 stycznia przestanie uważać Jammeha za prawowitego prezydenta.
 
Jammeh nie ugiął się jednak ani przed namowami, ani przed groźbami. Przedstawioną przez Nigeryjczyków propozycję azylu politycznego w ich kraju odrzucił, pamiętając być może, że w 2003 roku dał się na nią namówić dyktator Liberii Charles Taylor w zamian za złożenie prezydentury, a trzy lata później gospodarze wydali go międzynarodowemu trybunałowi, który w 2013 roku skazał go na 50 lat więzienia za zbrodnie podczas liberyjskiej wojny domowej z przełomu XX i XXI wieku. Nie dał się też przekonać Barrowowi, który zapewniał, że na politycznej emeryturze nie tylko nie stanie przed sądem, ale też zachowa majątek i wszystkie przywileje, jakimi cieszy się jako prezydent. Groźby inwazji sąsiadów uznał zaś Jammeh za wypowiedzenie wojny i niedopuszczalną ingerencję w wewnętrzne sprawy kraju.
 
Posłuszne Jammehowi wojsko, policja i służby bezpieczeństwa zamknęły cztery niezależne rozgłośnie radiowe, a widząc upór dyktatora, Gambijczycy tysiącami zaczęli uciekać do sąsiedniego Senegalu (jedyny sąsiad Gambii, otaczający ją z trzech stron; czwartą granicą jest wybrzeże Atlantyku), a niektórzy dalej, do Gwinei Bissau. Do Senegalu uciekł też przewodniczący komisji wyborczej, który ogłosił wygraną Barrowa, a w ostatnich dniach burmistrz stołecznego Bandżulu i pięciu ministrów z rządu Jammeha, w tym szefowie resortów dyplomacji, finansów i handlu.
 
W stolicy Segenalu, Dakarze, przebywa też sam Barrow, któremu przywódcy ECOWAS, po naradzie w malijskim Bamako w sobotę i niedzielę poradzili, by dla własnego bezpieczeństwa nie wracał na razie do kraju. Barrow nie mógł nawet pojechać na pogrzeb ośmioletniego syna Habibu, który zmarł w niedzielę, śmiertelnie pogryziony przez psa.
 
W poniedziałek szefowie sztabów armii z państw członkowskich ECOWAS spotkali się, by obmyśleć najlepsze sposoby pozbycia się Jammeha, jeśli ten do czwartku nie ustąpi dobrowolnie ze stanowiska prezydenta. „Postanowiono, że przestanie być prezydentem, gdy w czwartek dobiegnie końca jego kadencja” – powiedział dziennikarzom jeden z nigeryjskich wojskowych. Korpus ekspedycyjny ECOWAS będzie miał błogosławieństwo Unii Afrykańskiej i ONZ. Dowódca nigeryjskiego wojska generał Tukur Buratai kazał swoim oficerom przygotować 800-osobowy oddział, który wziąłby udział w inwazji na Gambię. Do inwazji wyznaczono też żołnierzy z Senegalu.
 
We wtorek, na dwa dni przed terminem, w którym miał złożyć władzę i prezydencki urząd, Jammeh wprowadził w Gambii stan wyjątkowy, który ma potrwać trzy miesiące, aż przyjadą sędziowie z Nigerii i Sierra Leone, a gambijski Sąd Najwyższy orzeknie, czy grudniowe wybory były ważne, czy też należy je powtórzyć. Do tego czasu zakazane są wszelkie „akty nieposłuszeństwa”, a także „akty grożące zakłóceniem porządku publicznego”.
 
Na ulicach Bandżulu pojawiły się uzbrojone po zęby wojskowe patrole i posterunki. Państwowa telewizja ogłosiła, że ma to pozwolić na uniknięcie niebezpiecznej próżni władzy. Zdaje się to stawiać kraje ECOWAS w sytuacji bez wyjścia. Po zakończonych wątpliwymi sukcesami inwazjach w Liberii i Sierra Leone w latach 90., a ostatnio w Mali w 2013 roku, będą musiały dokonać bezprecedensowej w Afryce inwazji na Gambię, żeby w imię demokracji obalić miejscowego przywódcę.
 
Wojciech Jagielski 
 
(PAP)