Niepodległa Katalonia? Wkrótce referendum

Separatystyczny rząd Katalonii przekazał w poniedziałek, że jeśli region odłączyłby się od Hiszpanii, to kataloński skarb państwa byłby w stanie pobierać wszystkie tamtejsze podatki. To przykład tego, że jesteśmy gotowi na niepodległość - przekonywały władze.
 
 
Rząd w Barcelonie poinformował o tym niecałe cztery tygodnie przed referendum ws. niepodległości regionu, które władze zamierzają zorganizować 1 października mimo zakazu Trybunału Konstytucyjnego w Madrycie.
 
Kataloński skarb państwa, a dokładniej Agencja Podatkowa Katalonii (ATC) to jedna ze "struktur niezbędnych do tego, by Katalonia była przygotowana na umożliwienie (wprowadzenia w życie - PAP) woli, którą Katalończycy wyrażą w referendum", niezależnie od tego, jaka ona będzie - oświadczył na konferencji prasowej szef autonomicznego rządu Katalonii Carles Puigdemont.
 
Dotychczas kataloński skarb państwa zbierał tylko 5 proc. podatków w Katalonii, a reszta była odprowadzana bezpośrednio przez administrację centralną, która następnie redystrybuowała te fundusze do wszystkich hiszpańskich regionów. Po dojściu Puigdemonta do władzy na początku 2016 roku ATC została wzmocniona. Obecnie zatrudnia 800 osób w porównaniu z 321 wcześniej, a liczba jej biur wzrosła z czterech do 32.
 
Separatyści zapewniają, że jeśli w referendum 1 października zwycięży obóz "tak", to region oderwie się od reszty Hiszpanii. Oprócz utworzenia własnej administracji podatkowej rząd w Barcelonie zapowiada własne zabezpieczenia społeczne, a także dyplomację.
 
Proniepodległościowe partie, które mają większość w regionalnym parlamencie Katalonii, najpewniej w środę przedłożą pod głosowanie ustawę dotyczącą zorganizowania referendum. Gdy przepisy zostaną przyjęte, rząd będzie mógł podpisać dekret dotyczący zwołania głosowania.
 
Wciąż nie jest jasne, czy referendum w ogóle się odbędzie. Centroprawicowy rząd centralny premiera Mariano Rajoya wciąż powtarza, że nie dopuści do głosowania, ale nie zdradza, w jaki sposób zamierza powstrzymać zorganizowanie referendum.
 
Madryt podkreśla jedynie, że organizatorom zakazanego referendum mogą grozić zarzuty karne i zawieszenie w obowiązkach. Władze centralne zapowiadają podjęcie kroków prawnych przeciwko wszystkim, którzy wezmą udział w głosowaniu, a nawet przeciwko firmom, które zajmą się nim od strony logistycznej.
 
"Nie powiem panu Puigdemontowi, co zrobię, aby odebrać mu urny" - oznajmiła w poniedziałek rano w radiu Cadena Sera wiceszefowa rządu centralnego Soraya Saenz de Santamaria. "Bierzemy pod uwagę wszelkie scenariusze" - ostrzegła.
 
Tymczasem premier Rajoy skrytykował "demokratyczne nadużycie", jakim byłoby przyjęcie ustawy o zorganizowaniu referendum przez katalońskie władze. Przed głosowaniem nie przewidziano debaty w parlamencie w Barcelonie, aby uniknąć utrudnień ze strony opozycji.
 
W Katalonii mieszka 15 proc. ludności Hiszpanii, czyli 7,5 mln spośród 47 mln obywateli, ale region ten wytwarza aż 20 proc. PKB całego kraju. Katalonia cieszy się znaczną autonomią polityczną i finansową, ma świetnie zorganizowane szkolnictwo z katalońskim językiem nauczania, własne siły policyjne czy kodeks cywilny. Mimo to dumny ze swego języka i historii region od dawna bezskutecznie domaga się jeszcze większej autonomii.
 
Według sondażu zamówionego przez kataloński rząd z początku lata 49,4 proc. Katalończyków sprzeciwia się niepodległości, a 41 proc. ją popiera. 18 proc. ankietowanych zapewnia, że nie weźmie udziału w głosowaniu, a ponad 14 proc. nie podjęło jeszcze decyzji. Spośród zdecydowanych do wzięcia udziału w referendum 39 proc. chce zagłosować za niepodległością, a 23,4 proc. przeciwko.
 
Aż 70 proc. ankietowanych uważa, że głosowanie ws. secesji powinno się odbyć.
 
(PAP)/Superstacja