Sprawa Ewy Tylman: kluczowy świadek "stracił" nagle pamięć

Sprawa Ewy Tylman: kluczowy świadek stracił nagle pamięć
fot. PAP

Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował w środę proces Adama Z. Według prokuratury, 23 listopada 2015 r. Adam Z., przewidując możliwość pozbawienia życia Ewy Tylman, zepchnął ją ze skarpy, a potem nieprzytomną wrzucił do wody. Za zabójstwo z zamiarem ewentualnym grozi mu kara do 25 lat więzienia lub dożywocie. Podczas rozprawy w lutym br., sąd uprzedził jednak strony o możliwości zmiany kwalifikacji czynu na nieudzielenie pomocy - za co grozi do 3 lat więzienia. Od tego czasu Adam Z. pozostaje na wolności.

 

Zeznania przed sądem składał w środę przebywający obecnie w zakładzie karnym Grzegorz W. Mężczyzna twierdził, że w nocy, kiedy zginęła Tylman, był w okolicach miejsca zdarzenia i widział kłócącą, szarpiącą się parę młodych ludzi. W. zwrócił się do prokuratury dopiero niedawno, ponieważ wcześniej poszukiwany był listem gończym; kiedy został ujęty przez funkcjonariuszy zdecydował, że powie śledczym, co wie w tej sprawie.

 

Świadek, kiedy pojawił się w sądzie, od razu poprosił o odczytanie jego poprzednich zeznań, "bo nie pamiętam, co powiedziałem". Sędzia stwierdziła jednak, że świadek nie był w tej sprawie przesłuchiwany. Grzegorz W. odparł: "był u mnie policjant i mnie przesłuchał. (...) dokładnie nie pamiętam, co mu powiedziałem".

 

"Opowiadał pan 29 czerwca funkcjonariuszowi policji to, co pan pamiętał z listopada 2014, lub 2015 roku, a nie pamięta pan dzisiaj, co mówił niecałe 4 miesiące temu?" - pytała sędzia Magdalena Grzybek. Świadek odparł: "wie pani, mogę powiedzieć mniej więcej, co pamiętam".

 

Jak mówił, "byłem na dyskotece w Poznaniu w jednym z klubów, nie pamiętam w jakim, najprawdopodobniej w okolicach Starego Rynku". "Poznałem tam wtedy jakąś koleżankę i poszedłem ją odprowadzić w kierunku Warty. Z klubu wyszliśmy ok. godz. 2-3 w nocy" - powiedział Grzegorz W.

 

"Szliśmy dołem Warty. Ciężko mi wytłumaczyć, w którym momencie zeszliśmy w dół nad samą Wartę. Cały czas byłem z tą koleżanką, szliśmy nad samym brzegiem. W pewnym momencie zauważyliśmy, że dziewczyna kłóci się z chłopakiem; byli przy Warcie, blisko koryta Warty. Byliśmy ok. 5-10 metrów od nich. Słyszałem ich głośną rozmowę, głośną kłótnię. On mówił do niej chyba +ty k..., ty suko+. Spojrzałem się na nich, przeszliśmy obok nich i szliśmy dalej wzdłuż Warty. Nie odwracałem się później, nad Wartą jest słaba widoczność" - dodał.

 

Sędzia odczytała w środę notatkę urzędową sporządzoną w czerwcu tego roku przez policjanta po spotkaniu z Grzegorzem W. Wynika z niej, że świadek funkcjonariuszowi mówił zupełnie inne rzeczy, niż to, co zeznał w środę przed sądem. Świadek nie pamiętał m.in., czy odjechał swoim samochodem, czy taksówką, w jednej wersji kłócącą się parę widział, kiedy już odprowadził koleżankę do domu, innym razem - przy tym zdarzeniu mieli być oboje.

 

Prokuratura nie chciała komentować treści zeznań świadka. Jak zaznaczyła w sądzie prok. Magdalena Mazur-Prus, "od oceny wiarygodności świadka jest sąd".

 

Pełnomocnik rodziny Ewy Tylman adw. Wojciech Wiza powiedział z kolei mediom, że „trudno oprzeć się wrażeniu, że świadek pomylił sąd z show telewizyjnym". "Różnica tylko jest taka, że tam mógłby się wyłącznie skompromitować, natomiast tutaj grozi mu odpowiedzialność karna za składanie fałszywych zeznań” - podkreślił Wiza.

 

Jak mówił, „jeżeli celem dzisiejszego świadka było to, aby zaistnieć przez 3 minuty w świetle jupiterów, i mieć ten swój czas i show, to nie tylko jest to problem dla wymiaru sprawiedliwości, ale jest to też wielki problem dla rodziny, której nie tylko robi się nadzieję, ale też coraz bardziej ośmiesza się ten proces (...)". "Rodzina szuka na sali rozpraw sprawiedliwości, a nie show czy poklasku” - powiedział.

 

Drugi z pełnomocników, adw. Mariusz Paplaczyk zaznaczył, że z punktu widzenia rodziny Ewy Tylman, każda informacja, która dotyczy odnalezienia nowych świadków w tej sprawie, „to pewna nadzieja, że ktoś wreszcie powie jak było”.

 

„Rodzina jednak również oczekuje, że jeżeli sąd dojdzie do przekonania, że są osoby, które wykorzystują tę sytuację do jakichś swoich celów, że będzie bezwzględna reakcja prokuratury, dla wszystkich , którzy chcieliby w tej sprawie zaistnieć i złożyć fałszywe zeznania, czy skierować tę sprawę na fałszywe tory. Nie może być tolerancji dla takich zachowań” - zaznaczył Paplaczyk.

 

W środę przed sądem zeznawała także Natalia N., związana z bratem Ewy Tylman, Dawidem. Jak mówiła, po otrzymaniu informacji, że Ewa zaginęła, pojechali wraz z Dawidem do Poznania. Po spotkaniu z chłopakiem Ewy zaczęli chodzić po pubach i pytać, czy może ktoś ją widział.

 

"Pojechaliśmy też na most Rocha, bo dowiedzieliśmy się, że na moście jest Adam Z., Chcieliśmy z nim porozmawiać, bo Dawid i Piotr dowiedzieli się, że on był ostatnią osobą, która widziała Ewę. Z Adamem rozmawiał tylko Piotr, ja nie podchodziłam blisko" - mówiła.

 

"Piotr powiedział mi, że Adam Z. mówił, że nic nie pamięta z tego wieczoru, że trochę z tyłu boli go głowa, że nie wie, czy ktoś ich nie napadł. Później Adam wszedł do jakiegoś samochodu, chyba z policjantami, a my pojechaliśmy do koleżanki Ewy" - dodała.

 

U koleżanki Ewy Tylman ustalili, że będą szukać jakichś śladów kobiety w okolicy mostu Rocha. "Wróciliśmy do domu nad ranem i postanowiliśmy wydrukować ulotki o zaginięciu Ewy z numerami telefonów do mnie, do Piotra i Dawida. Przez kilka dni chodziliśmy, rozklejaliśmy te ulotki i rozdawaliśmy je. Po kilku dniach na mój numer przyszedł SMS z wiadomością o +prawdopodobnym okupie+. Zgłosiłam to na policję" - zaznaczyła Natalia N.

 

Sąd przesłuchał także m.in. Emilię Sz., i Martynę D., które wraz z Adamem Z. i Ewą Tylman były na imprezie, po której zginęła kobieta. "Pamiętam, że następnego dnia po imprezie wyszliśmy w pracy na papierosa i podczas rozmowy zastanawialiśmy się, co mogło się zdarzyć; snuliśmy różne teorie. Nie pamiętam, jakie teorie snuł Adam Z., ale mówił, że tej nocy widział w autobusie jakąś dziewczynę i wydało mu się, że to była Ewa, że odprowadził ją do autobusu" - podkreśliła w sądzie Martyna D.

 

"Adam powiedział mi, że przez to, że nic nie pamięta, mógł jej coś zrobić. Jak mówił o zaginięciu Ewy, to był zdenerwowany (...) Wtedy nie przypuszczaliśmy, że Adam mógł coś zrobić Ewie, raczej, że ktoś im coś dosypał. Broniliśmy go. (...) Wydaje mi się, że był zdenerwowany, tak jak każdy z nas, tym, że Ewy nie ma. Raczej nie wydawało mi się, że miał coś do ukrycia" - dodała.

 

Proces Adama Z. rozpoczął się w styczniu tego roku. Oskarżony nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu; odmówił składania wyjaśnień przed sądem i odpowiadał wyłącznie na pytania obrony. W trakcie procesu nie podtrzymał też wcześniejszych wyjaśnień przytoczonych przez sąd, w części dotyczącej tego, co się działo po wyjściu z klubu. Twierdzi, że nie pamięta okoliczności, w jakich miała zginąć Ewa Tylman, a do niekorzystnych dla siebie wyjaśnień zmuszali go policjanci.

 

Kolejna rozprawa odbędzie się 9 listopada.

 

(PAP)