Donald Trump rozpoczął pierwszą wizytę w Azji. Pierwszy przystanek to Japonia

Samolot z prezydentem Donaldem Trumpem i jego żoną Melanią na pokładzie wylądował w amerykańskiej bazie lotnictwa Yakota w mieście Fussa, niedaleko Tokio, w niedzielę rano czasu lokalnego – poinformowały agencje. Tego dnia amerykański prezydent rozegra partię golfa z Shinzo Abem, który został niedawno ponownie wybrany premierem Japonii, a w poniedziałek spotka się z cesarzem Akihito.

 

W czasie lotu z Hawajów Trump bronił na pokładzie Air Force One swojej twardej retoryki w sprawie reżimu północnokoreańskiego i jego programu zbrojeń rakietowych i atomowych – podała agencja AP. Zagrożenie ze strony Pjongjangu będzie głównym tematem rozmów Trumpa z przywódcami państw, które odwiedzi.

 

"Ameryka jest przygotowana, by bronić naszego narodu za pomocą pełnego zakresu naszych możliwości" - powiedział prezydent w przemówieniu po wyjściu z samolotu, gdzie powitali go żołnierze bazy. Dodał, że w przeszłości inne kraje lekceważyły potęgę militarną Stanów Zjednoczonych, co "nie kończyło się dla nich przyjemnie".

 

"Żaden dyktator, żaden reżim, żadna nacja nie powinny lekceważyć amerykańskiego zdecydowania", gdy chodzi "o obronę naszej wolności" – zaznaczył.

 

Prezydent USA podkreślił, że celem jego wizyty jest utworzenie w przyszłości "wolnego regionu Indii-Pacyfiku" oraz rozwój "wolnego i uczciwego handlu". Japonię nazwał "drogim partnerem i kluczowym sojusznikiem". Jej władzom podziękował za "dekady wspaniałej przyjaźni między naszymi dwoma narodami".

 

Następnym przystankiem w podróży prezydenta USA będzie Korea Południowa, dokąd uda się we wtorek. Później poleci kolejno do Chin, Wietnamu i na Filipiny.

 

Jeszcze na pokładzie Air Force One Trump powiedział, że "spodziewa się" spotkania w czasie podróży z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, od którego oczekuje pomocy w rozwiązaniu kryzysu północnokoreańskiego. Spotkanie prezydentów USA i Rosji jest możliwe w Wietnamie i na Filipinach, ale wciąż nie jest jasne, czy do niego dojdzie.

 

Trump dodał, że jego administracja zdecyduje wkrótce, czy dopisze Koreę Płn. do listy krajów wspierających terroryzm – informuje agencja Reutera.

 

Trump zaznaczył w rozmowie z dziennikarzami na pokładzie Air Force One, że wiele konsultacji z przywódcami regionu będzie dotyczyło handlu. Wcześniej Biały Dom sygnalizował, że jednym z celów podróży jest promocja interesów gospodarczych USA w regionie. Trump chce m.in. zmniejszyć deficyt w bilansie handlu z Japonią i Chinami.

 

Jednak zdaniem komentatorów to napięta sytuacja na Półwyspie Koreańskim zdominuje agendę podczas najdłuższej wizyty amerykańskiej głowy państwa w Azji od 25 lat. Jednym z kluczowych momentów będzie przemówienie Trumpa w koreańskim parlamencie, gdzie ewentualne groźby pod adresem Pjongjangu mogą być odebrane inaczej, niż te rzucane z odległego Waszyngtonu – spekuluje agencja AP.

 

Jednocześnie, Donald Trump nie omieszkał pozdrowić społeczeństwa północnokoreańskiego, podkreślając, że "są to fantastyczni ludzie, serdeczniejsi, niż sądzi świat".

 

W odróżnieniu od swoich poprzedników Trump nie uda się do strefy zdemilitaryzowanej, oddzielającej Koreę Południową od jej komunistycznego sąsiada. Wszyscy amerykańscy prezydenci od czasu Ronalda Reagana odwiedzali strefę w czasie swoich podróży do Korei Płd. w akcie solidarności z Seulem.

 

Olbrzymią wagę ma również pierwsza wizyta Trumpa w Pekinie, gdzie prezydent Xi Jinping rozpoczął niedawno swoją drugą kadencję na stanowisku sekretarza generalnego rządzącej Komunistycznej Partii Chin. Trump jest pierwszą zagraniczną głową państwa odwiedzającą ten kraj po zakończeniu XIX zjazdu partii, na którym doszło do zmian personalnych w czołowych organach władzy.

 

Napięcie w relacjach na linii Waszyngton-Pekin wynika m.in. z chińskich roszczeń terytorialnych na Morzu Południowochińskim, gdzie Chińczycy budują sztuczne wyspy, które według USA mogą posłużyć do ograniczania swobody żeglugi na tym istotnym z punktu widzenia handlu międzynarodowego akwenie. Komentując wizytę Trumpa, chiński wiceminister spraw zagranicznych wyraził niedawno nadzieję, że niebędące stroną sporów terytorialnych USA będą "pomagać, a nie sprawiać problemy".

 

(PAP)