Copa Libertadores - rewanżowy mecz finałowy przełożony na niedzielę

Copa Libertadores - rewanżowy mecz finałowy przełożony na niedzielę
GONZALO LAMARDO; fot. PAP/EPA/JUAN IGNACIO RONCORONI

Decyzję - na 10 minut przed planowanym rozpoczęciem sobotniego meczu - ogłosił prezes południowoamerykańskiej konfederacji (CONMEBOL) Alejandro Dominguez.

 

"Jeden zespół nie chciał grać, a drugi nie chciał wygrać w takich okolicznościach" - zaznaczył.

 

Wcześniej pora rozpoczęcia rewanżu była dwukrotnie przesuwana - najpierw o godzinę, a następnie o dwie godziny i 15 minut.

 

Do ataku na autokar Boca Juniors doszło w pobliżu stadionu River Plate. Wybito kilka szyb pojazdu, w które rzucano kamieniami i kawałkami desek. Niektórzy zawodnicy ucierpieli na skutek dostania się do oczu gazu łzawiącego i gazu pieprzowego, których użyła policja, by poskromić pseudokibiców. Kapitan drużyny Pablo Perez i Gonzalo Lamardo trafili do pobliskich szpitali, pod którymi zebrali się później chcący ich wesprzeć fani. Pierwszy z piłkarzy - sądząc po zdjęciach z szatni zamieszczonych w sieci - miał obrażenia barku i oka, a drugi uskarżał się na kłopoty z oddychaniem.

 

We wcześniejszych komunikacie CONMEBOL poinformowano, że lekarze stwierdzili u graczy Boca Juniors powierzchowne obrażenia skóry, a dwóch zawodników skarżyło się na uraz oka, co nie zostało wówczas jeszcze potwierdzone.

 

"Naszym zdaniem z medycznego punktu widzenia nie było powodu, by przekładać to spotkanie" - uznano w komunikacie sztabu medycznego południowoamerykańskiej konfederacji.

 

Inną opinię na ten temat miał Dominguez. "To jest piłka nożna, a nie wojna. Żaden z zespołów nie chciał grać wówczas, bo to byłoby nienaturalne" - podkreślił.

 

Na wspomnianym ataku nie skończyły się sobotnie zamieszki. Gdy podano informację o przełożeniu spotkania na niedzielę, doszło do starć kibiców z policją. Według lokalnych mediów aresztowano co najmniej 30 osób. Część z ponad 66 tysięcy sympatyków River Plate próbowało wedrzeć się do szatni, przeszkadzając w telewizyjnym wywiadzie, którego udzielał prezes klubu Rodolfo D'Onofrio.

 

"Godne ubolewania jest to, że taka wspaniała rywalizacja została przerwana przez 15 chuliganów. Zablokowano nasz występ w spotkaniu, które miał oglądać cały świat" - zaznaczył D'Onofrio, a chwilę później rzucił się do ucieczki z powodu chaosu panującego wewnątrz stadionu.

 

Argentyńczycy szykowali się na derby, nazywane w kraju "finałem wszech czasów", bo po raz pierwszy w decydującej fazie zmagań Copa Libertadores, najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych w Ameryce Płd. (których pierwsza edycja odbyła się w 1960 roku), mierzą się dwie najbardziej rozpoznawalne i najpopularniejsze drużyny z Buenos Aires. Zamiast futbolowego święta doszło jednak do skandalu.

 

Zdaniem D'Onofrio zabrakło adekwatnej ochrony, która strzegłaby autokaru zawodników Boca Juniors. Odpowiadający za bezpieczeństwo publiczne w Buenos Aires Marcelo Alessandro przyznał, że w kwestii ochrony zaliczono wpadkę.

 

Prezes Boca Juniors Daniel Angelici w drodze na stadion był eskortowany przez ochroniarzy i siły bezpieczeństwa, a towarzyszyło temu skandowanie przez pseudokibiców River Plate słowa "tchórz".

 

"Mecze powinny być wygrywane lub przegrywane na boisku. W sobotę nie mieliśmy takich samych warunków do gry jak rywale. Jako Argentyńczyk i działacz piłkarski jestem zażenowany... Spójrzcie na spektakl, jaki daliśmy światu" - zaznaczył Angelici.

 

W pierwszym meczu finałowym był remis 2:2. Tamten pojedynek również odbył się o dzień później niż pierwotnie planowano, ale wówczas na przeszkodzie stanęła potężna ulewa, która spowodowała podtopienia na stadionie Boca Juniors. Fani tej drużyny od 2013 roku mają zakaz udziału w meczach na stadionie River Plate ze względu na częste akty przemocy między sympatykami obu klubów.

 

Boca ma w dorobku sześć triumfów w Copa Libertadores, a River Plate - trzy. Niedzielny rewanż ma się rozpocząć o godz. 21 czasu polskiego.

 

(PAP)