Żółte kamizelki tracą poparcie. Wszystko przez wewnętrzne podziały

Sobotnia manifestacja była pierwszą po uchyleniu w czwartek przez francuski Trybunał Konstytucyjny przepisu umożliwiającego zakazanie demonstracji każdemu, kto "stanowi szczególne zagrożenie dla porządku publicznego". Ustawa wprowadzająca taki przepis przyjęta została w odpowiedzi na zamieszki towarzyszące, szczególnie w Paryżu, cotygodniowym manifestacjom "żółtych kamizelek".

 

Tym razem do starć z policją doszło jedynie w Rouen w Normandii na północy Francji.

 

Według przedstawionych wieczorem przez ministerstwo spraw wewnętrznych danych, sobotnie protesty były mniej liczne niż przed tygodniem - w całej Francji demonstrowało ok. 22.300 osób, z czego w Paryżu 3,5 tys., podczas gdy w poprzednią sobotę było to odpowiednio 33,7 tys. oraz 4 tys. Wprawdzie zdaniem przedstawicieli "żółtych kamizelek" władze za każdym razem zaniżają frekwencję podczas protestów, ale i tak są one znacznie skromniejsze niż w pierwszych tygodniach, gdy na ulice francuskich miast wychodziło prawie 300 tys. osób.

 

Jak co tydzień uczestnicy domagali się rezygnacji prezydenta Emmanuela Macrona, a także ministra spraw wewnętrznych Christophe'a Castanera, którego obarczają winą za zbytnią brutalność policji podczas poprzednich manifestacji.

 

W przyszłym tygodniu francuski rząd ma przedstawić wnioski z "wielkiej debaty narodowej", którą prezydent Macron ogłosił w reakcji na protesty "żółtych kamizelek". W jej ramach odbyło się w całej Francji ok. 10 tysięcy spotkań przedstawicieli władz z mieszkańcami, którzy mieli okazję powiedzieć o trapiących ich problemach. Podsumowanie tej debaty liczy ok. 1500 stron.

 

Jednak według opublikowanego w czwartek sondażu ośrodka Elabe Francuzi nie mają wielkich nadziei w związku z tą debatą - 68 proc. ankietowanych uważa, że wyrażone przez nich opinie nie zostaną wzięte pod uwagę, a 79 proc. - że debata nie rozwiąże problemów społecznych w kraju.

 

(PAP)