Zanim zaczniemy na poważnie analizować szanse Anglików na podbój mistrzostw świata, warto spojrzeć na to, co dzieje się na zalanym deszczem krajowym i europejskim podwórku. A dzieje się sporo, zwłaszcza jeśli chodzi o nasze polskie akcenty. Aston Villa miała już w kieszeni awans do 1/8 finału Ligi Europy przed ostatnią kolejką grupową, jednak Red Bull Salzburg przyjechał do Anglii z nożem na gardle. Ich szanse na baraże były wyłącznie matematyczne, co wcale nie oznaczało, że Austriacy zamierzali złożyć broń. Zaczęli z wysokiego C i do przerwy prowadzili 1:0. Tuż po zmianie stron goście dołożyli drugie trafienie. Właśnie wtedy sprawy w swoje nogi wziął wprowadzony na początku drugiej połowy Matty Cash. Gospodarze rzucili się do szaleńczego odrabiania strat, a reprezentant Polski odegrał w tej pogoni rolę absolutnie kluczową. Zaliczył świetną asystę przy golu na 2:2, a całe spotkanie ostatecznie zakończyło się triumfem ekipy z Birmingham 3:2.
Zachwyty brytyjskich mediów Tamtejsi dziennikarze nie szczędzili naszemu obrońcy zasłużonych pochwał. Portal astonvillareview.com ocenił jego występ na mocną „siódemkę”, argumentując, że od razu po wejściu na murawę zaczął siać spory zamęt na prawej flance. Defensor z łatwością przesuwał się za linię obrony rywali i posyłał kluczowe piłki w ostatniej tercji boiska, a jego wspaniałe dośrodkowanie przy wyrównującej bramce było po prostu palce lizać. Serwis birminghamworld.uk poszedł o krok dalej, wlepiając mu notę „8”. Redaktorzy zauważyli, że Cash nie tylko uszczelnił tyły, ale też dał potężny impuls w ataku. Asystował przy główce Mingsa, popisywał się cudownymi krosowymi podaniami, a w samej końcówce omal sam nie wpisał się na listę strzelców, wymuszając na bramkarzu niezwykle trudną interwencję przy bliższym słupku.
Klubowa młócka schodzi na dalszy plan Tego typu pucharowe zrywy pokazują, jak gigantyczna intensywność panuje obecnie na Wyspach. I choć my patrzymy na to głównie przez pryzmat Matty’ego Casha, dla tamtejszych kibiców lokalne rozgrywki powoli ustępują miejsca myślom o drużynie narodowej. Można oczywiście w nieskończoność odświeżać portale społecznościowe, żeby sprawdzić, czy Tim Sherwood poprowadzi Spurs przez najbliższe trzy mecze, zanim stery przejmie Dave z duetu Chas & Dave w ramach ostatecznej deski ratunku. Kogoś innego może pasjonować pogoń Arsenalu za wiecznym drugim miejscem, Everton kończący sezon nad Liverpoolem albo szalony wyścig o tytuł w National League między Yorkiem a Rochdale. Zróbmy sobie jednak przerwę od tego szaleństwa. Czas zacząć marzyć o tym, jak Gianni Infantino w duecie z Donaldem Trumpem wręczają Harry’emu Kane’owi Puchar Świata na tle płonącego globu. Piątkowy mecz z Urugwajem może i nie przyspiesza tętna, ale to właśnie teraz rusza prawdziwe odliczanie Thomasa Tuchela do mundialu. Sześćdziesiąt lat bólu brzmi rewelacyjnie w kibicowskiej piosence. Raz na sześć dekad to w sumie akceptowalny odstęp czasu, zjawisko rzadsze niż kometa Halleya, ale na tyle sporadyczne, by poczuć magię chwili. Mając szczęście, przeżyjesz to dwa razy w życiu.
Piłkarskie „Squid Game” Reprezentacyjna piłka bywa bezwzględna i momentami absurdalna. Czasem wystarczy rozegrać jedne wybitne zawody u siebie ze Słowacją we wrześniu, żeby nagle wyglądać na gotowego do wielkiego turnieju, całkowicie ignorując fakt, że w weekend twój ligowy rywal zawiesił poprzeczkę o wiele wyżej. Z drugiej strony, ciche 45 minut w eksperymentalnie zestawionej linii pomocy potrafi sprawić, że koszulka z lwami na piersi staje się nagle zbyt ciężka. Jak dobrze musi zagrać James Garner, żeby w ogóle wsiąść do samolotu lecącego do Kansas City? Starcie z Urugwajem to skrajny poligon doświadczalny. Realistycznie rzecz biorąc, jedno genialne podanie Kobbiego Mainoo może go wywindować ponad Adama Whartona. Jeśli Dominic Solanke będzie mądrzej biegał w wolne strefy niż Dominic Calvert-Lewin, czy to on dostanie bilet jako zmiennik Kane’a na ten jeden kluczowy miesiąc? Ali Maxwell w podcaście Guardian Football Weekly trafił w punkt, nazywając te eliminacyjne przepychanki piłkarską wersją „Squid Game”. Zawodnik wychodzi na boisko ze świadomością ogromnej presji i wie, że w zasadzie nie ma miejsca na błąd. Czy Cole Palmer zaryzykuje nieszablonowe zagranie, wiedząc, że bezpieczniej jest podać pięć metrów do tyłu do Jordana Hendersona, skoro w przerwie i tak na murawie zamelduje się za niego Phil Foden?
Brutalna selekcja i kłopoty bogactwa Spójrzmy chłodno na konkrety, bo walka o wyjazd toczy się na wielu frontach. Bramkarze James Trafford i Aaron Ramsdale robią za tło, rozgrzewając Deana Hendersona do batalii o miano numeru trzy. Pozycja bocznego obrońcy wydaje się najbardziej otwarta. Lewa flanka to prawdopodobnie pojedynek Lewisa Halla i Nico O’Reilly’ego. Na prawej stronie pewniakiem jest Reece James, o ile dopisze mu zdrowie, co zostawia Djedowi Spence’owi, Tino Livramento i Benowi White’owi brutalną rzeźnię o zaledwie jedno miejsce. Środek defensywy to królestwo Marca Guéhiego i Ezriego Konsy. Kto w obwodzie? Harry Maguire, John Stones, Fikayo Tomori i Jarell Quansah powalczą o dwa wolne wakaty.
Wyżej wcale nie jest łatwiej. W środku pola duet Elliot Anderson i Declan Rice ma pewny plac gry. Jordan Henderson wnosi dobrą atmosferę do szatni, więc zostaje tylko jeden fotel dla wspomnianego tercetu Wharton, Mainoo, Garner. Największy ból głowy zaczyna się jednak na „dziesiątce”. Wyjściowy skład należy do Morgana Rogersa, a w kolejce czekają wygłodniali Jude Bellingham, Palmer, Foden i Eberechi Eze. Na całe szczęście Thomas Tuchel twardo stąpa po ziemi i nie słucha rad domorosłych ekspertów, którzy najchętniej upchnęliby ich wszystkich na murawie z nadzieją, że jakoś to zadziała. Ten eksperyment Anglicy mają już za sobą. Brutalna prawda jest taka, że ktoś z grona piłkarzy absolutnie wybitnych obejrzy ten turniej w telewizji.




