Zarówno Barcelona, jak i Real Madryt wciąż liżą rany po upokarzających oraz kosztownych finansowo porażkach na etapie ćwierćfinałów Ligi Mistrzów. Bayern Monachium wyrzucił za burtę „Królewskich” po pasjonującym dwumeczu zakończonym wynikiem 6:4. Barcelonę z rozgrywek wyrzuciło natomiast Atlético Madryt, triumfując w dwumeczu 3:2. Oba hiszpańskie zespoły zaprzepaściły atut własnego boiska i odpadły z rywalizacji tuż po tym, jak wydawało się, że wreszcie zdołały odwrócić jej losy na swoją korzyść. Oczywiście globalni kibice byli zachwyceni spektakularnym poziomem tych spotkań, ale pochwał nie da się zamienić na trofea ani zdeponować na koncie bankowym. Te bolesne europejskie lekcje bezlitośnie obnażyły słabe punkty obu potęg, wskazując obszary wymagające natychmiastowej naprawy.
Autostrada po tytuł mimo sportowego chaosu Teraz rozgrywki LaLiga znów wracają na pierwszy plan. W najbliższej kolejce Real podejmie u siebie Alavés, a Barcelona zmierzy się na Camp Nou z Celtą Vigo. Sytuacja na krajowym podwórku jest niemal jednoznaczna. Na zaledwie siedem kolejek przed końcem sezonu, wliczając w to bezpośrednie starcie zaplanowane na 10 maja, drużyna Hansiego Flicka ma aż dziewięć punktów przewagi nad zespołem prowadzonym przez Álvaro Arbeloę. Historia nie pamięta przypadku, by lider ligi hiszpańskiej roztrwonił tak potężną zaliczkę na finiszu rozgrywek. Wszystko wskazuje więc na to, że „Duma Katalonii” zdoła obronić mistrzostwo, nawet biorąc pod uwagę trudne wyjazdy na mecze z Osasuną czy na nielubiany przez nich stadion Getafe. Sukces ten nie przysłania jednak głębszych problemów. Real dysponuje supernowoczesnym obiektem i generuje potężne przychody, lecz tkwi w organizacyjnym bałaganie. Z kolei Barcelona, choć dominuje w tabeli, okazała się w tym sezonie znacznie słabsza, mniej przewidywalna i niezwykle podatna na ciosy.
Defensywa do błyskawicznej przebudowy Kierownictwo z Camp Nou doskonale zdaje sobie sprawę z braków w kadrze. Wzmocnienie linii obrony uchodzi za absolutny priorytet władz klubu podczas zimowego okienka transferowego. Zdecydowanym faworytem do załatania dziur w formacji defensywnej jest Joao Cancelo. Kataloński dziennik „Mundo Deportivo” wprost nazywa ponowne sprowadzenie 31-latka „najbardziej prawdopodobną opcją”. Sam zawodnik wykazuje ogromną determinację i ponoć z wielkim entuzjazmem podchodzi do perspektywy powrotu do stolicy Katalonii.
Kluczowe negocjacje i walka z Włochami Cała operacja wymaga jednak sporych ustępstw. Doświadczony obrońca pozostaje związany z saudyjskim Al-Hilal kontraktem ważnym do końca czerwca 2027 roku. Umowa ta gwarantuje mu bajeczne wynagrodzenie w wysokości 15 milionów euro rocznie. Aby ruch ten stał się w ogóle realny dla borykającej się z problemami finansowymi Barcelony, Cancelo jest gotów zrezygnować z pokaźnej części swojej pensji. Władze hiszpańskiego mistrza zamierzają przedyskutować tę sprawę i podjąć wiążące decyzje w trakcie najbliższego pobytu w Arabii Saudyjskiej, gdzie odbędzie się turniej o Superpuchar Hiszpanii. Docelowo ewentualne negocjacje mają dotyczyć opcji wypożyczenia. Krok ten bezwzględnie wymaga jeszcze pełnej akceptacji ze strony trenera Hansiego Flicka. Sytuację dodatkowo komplikuje Inter Mediolan, który mocno włączył się do gry o podpis piłkarza. Włosi chętnie widzieliby Cancelo u siebie, proponując Saudyjczykom w ramach wymiany własnych defensorów – Stefana de Vrija lub Francesco Acerbiego. Ewentualny sukces negocjacyjny Barcelony oznaczałby drugi pobyt Portugalczyka w tym klubie. Podczas sezonu 2023/2024, grając w Hiszpanii na zasadzie wypożyczenia z Manchesteru City, rozegrał on 42 oficjalne spotkania, w których zanotował cztery trafienia oraz pięć asyst.




